Reklama

Reklama

Majówka na Roztoczu i w Bieszczadach. "Więcej personelu niż turystów. Tak źle jeszcze nigdy nie było"

Zazwyczaj o tej porze musieli odmawiać turystom czekającym z rezerwacją noclegu na ostatnią chwilę. Dziś gospodarze obiektów turystycznych zlokalizowanych w Bieszczadach i na Roztoczu mówią w rozmowie z Interią: Tak źle jeszcze nie było. - Na 150 miejsc mamy zajętych 10. Na ten moment mamy więcej pracowników niż turystów - mówi Joanna Kamińska z Ośrodka Wczasowego "Bieszczady". - U nas zawsze był komplet. Dziś mamy dokładnie zero rezerwacji - opowiada Barbara Flis z Hutki pod Krasnobrodem. - Telefony milczą. A jeśli już dzwonią to pytają czy u nas na pewno jest bezpiecznie i czy nie słychać wybuchów bomb - opisuje sytuację właściciel pensjonatu w Uhercach Mineralnych. I dodaje: Sytuacja jest fatalna.

Do tej pory byli pewni, że tak źle jak w pierwszym roku pandemii już nie będzie. Dziś okazuje się, że majówka w cieniu wojny w Ukrainie jest równie trudna, jeśli nie gorsza.

Bieszczady: "Normalnie o tej porze było już pełne obłożenie. Dziś są pustki"

- Jak sytuacja? Na 150 miejsc mamy 10 zajętych. Na razie mamy wynajęte dwa domki na 20, a w budynku hotelowym mamy sześć osób. Jest dramatycznie - mówi Joanna Kamińska, kierownik Ośrodka Wypoczynkowego "Bieszczady" w Myczkowcach.

Przyznaje, że ośrodek zdecydował się już nawet na obniżkę cen o 20-30 proc.

- Ale to też nic nie daje. Już nawet zaliczek od klientów nie wymagamy, bo i tak hotel i domki stoją puste. Na ten moment mamy więcej pracowników niż turystów. Dzisiaj z zapytaniem jeszcze nikt nie dzwonił, wczoraj na 10 telefonów dwa to rezerwacje. Krótkie, bo na jedną lub dwie doby. Ale dla nas to zawsze jakieś pieniądze. Chociaż na rachunki będzie - dodaje pani Joanna.

Reklama

Powodów do radości nie ma też wielu właścicieli obiektów turystycznych w Uhercach Mineralnych, malowniczej miejscowości w województwie podkarpackim.

- Mieliśmy trochę rezerwacji uzgodnionych jeszcze przed wybuchem wojny, ale większość z nich została odwołana. W porównaniu do ubiegłego roku dziś mamy jakieś 40 proc. obłożenia - mówi właściciel jednego z pensjonatów w Uhercach. - Normalnie o tej porze, jeśli chodzi o majówkę, to było już zawsze wszystko zarezerwowane. Zazwyczaj w tych ostatnich dniach musieliśmy odmawiać klientom czy podawać numery zaprzyjaźnionych obiektów, w których jeszcze były wolne ostatnie miejsca. Dziś nawet nikt nie dzwoni, żeby zapytać - podkreśla.

Wtóruje mu pani Agnieszka z Noclegów na Bieszczadzkiej Trasie, prowadzonych przez Bieszczadzką Szkołę Aktywności Społecznej w Orelcu.

- Jest słabo. Mamy trochę turystów, którzy wcześniej zarezerwowali miejsce, ale nowych zapytań brak. Od znajomych wiem, że u nich sytuacja też jest kiepska - przyznaje kobieta.

Duże hotele jakoś sobie radzą. "Im dalej od Soliny, tym gorzej"

Więcej powodów do radości mają właściciele hoteli. W trzygwiazdkowym obiekcie nad Soliną wolny został tylko jeden apartament z 1 na 2 maja.

- A tak wszystko zajęte. To zasługa ostatnich dni. Goście rezerwowali po kilka pokoi i od razu je opłacali - słyszymy w recepcji.  

Wg badań Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego miesiąc temu obłożenie hoteli na majówkę wynosiło 30-40 proc. Dziś na antenie Polsat News Marcin Mączyński, sekretarz generalny w Izbie Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego informował, że obecnie rezerwacji jest więcej. Ale nie tyle ile w 2018 czy 2019 roku.

- Duże hotele mają tę przewagę, że mają SPA. Nam ciężko jest z nimi konkurować. Poza tym jest jeszcze jedna rzecz. Trzeba sobie zdać sprawę, że to wygląda trochę jak z rzutem kamieniem. Jak wrzuci pani kamień do wody, rozchodzą się fale i kręgi. Solina to jest to miejsce, gdzie wpada kamień, a potem coraz dalej zapełniają się sukcesywnie dalsze miejsca noclegowe. My jesteśmy pewnie trzecim, albo czwartym kręgiem od tego kamienia. I u nas wygląda to fatalnie - przyznaje właściciel jednego z pensjonatów w Uhercach. 

Roztocze. Dużo miejsc wciąż jest wolnych

Wizja majówki przeraża też właścicieli obiektów na Roztoczu.

- Mamy domki na łącznie 38 osób. I zero rezerwacji. Spodziewaliśmy się, że z wybuchem wojny będzie gorzej, ale nie aż do tego stopnia. Przed pandemią i wojną mieliśmy zawsze pełne obłożenie. Nawet koronawirus tak nas nie pokonał jak to, co dzieje się teraz - mówi Barbara Fila z Domków Letniskowych na Wzgórzu w Hutkach koło Krasnobrodu.

Podkreśla, że jak co roku, przygotowali się do otwarcia sezonu.

- Mamy spływy kajakowe, przejażdżki bryczką, wypożyczalnię rowerów. Kupiliśmy meleksa na 17 osób, zapłaciliśmy za niego ponad 80 tys. zł. Cena zaporowa, ale robiliśmy to z myślą o turystach. Baza jest, atrakcje są. Tylko turystów nie ma - mówi pani Barbara.

O tym, że jest ciężko przekonuje też właścicielka pokoi gościnnych w Krasnobrodzie.

- Zawsze mieliśmy 100-procentową obsadę, tak teraz mam 50, może 60 proc. Tylko dlatego, że trafiła nam się większa zorganizowana grupa. Dzięki temu mamy gości, bo indywidualnych rezerwacji nie było - mówi Joanna Gromek, właścicielka gościnnych pokoi "U Gromków".

W Zwierzyńcu też podkreślają, że ich przekleństwem stała się bliskość wschodniej granicy.

- Ludzie boją się sytuacji w Ukrainie i wybierają kwatery gdzieś w środkowej Polsce, nad morzem, albo w górach. Jest nieciekawie. Mamy dużo mniej gości - mówi pani Anna z agroturystyki w Zwierzyńcu.

Na poprawę sytuacji nie liczy. - Ci, którzy mieli zarezerwować u nas nocleg, już to zrobili. Kto wybrał inne miejsce, to już tam jedzie. Jest jak jest. Nic na to nie poradzimy - wzdycha.

Na Roztoczu wśród wszystkich obiektów, z którymi się skontaktowaliśmy, tylko w jednym usłyszeliśmy "u nas miejsc już nie ma".

"Czy u państwa słychać wybuchy?"

Właściciele pensjonatów w Bieszczadach i na Roztoczu podkreślają, że przez wielu turystów cała ściana wschodnia, postrzegana jest jako rejon "gdzie praktycznie wojna już się toczy".

- A lęk przed wojną jest ogromny. Tyle, że to jest tylko w głowach turystów. W Bieszczadach nie słychać wybuchów, jak niektórzy nasi goście dopytywali przez telefon, nie ma zagrożenia, nie ma wojska, nie ma działań wojennych. Dla turystów nic się nie zmieniło, jest dokładnie tak jak było. Ale ludzie się boją, że nagle wybuchnie wojna i oni w trakcie wojny będę na wschodzie. Uważają, że im dalej od granicy, tym bezpieczniej - mówi pan Michał, właściciel jednej z bieszczadzkich agroturystyk.

Joanna Gromek z Roztocza potwierdza, że pierwsze o co pytają potencjalni goście, to nie standard noclegów, ale sytuacja związana z wojną. - Ostatnio pierwsze pytanie zawsze brzmi: "Czy u was jest bezpiecznie?" A u nas się nic nie dzieje. Prócz tego, że mamy na terenie gminy kilkunastu uchodźców, nie czujemy, że coś się dzieje - tłumaczy.

Są i tacy, którzy obawiają się sąsiedztwa uciekających przed wojną.

- Jak dzwonili ludzie, pytali głównie o uchodźców. No są, bo tu blisko jest ośrodek. Ale oni są tu tylko chwilę, wyjeżdżają dalej i w odpoczynku nie przeszkadzają - mówi pani Agnieszka z Bieszczadzkiej Szkoły Aktywności Społecznej w Orelcu.

- Ludzie się boją, bo na co dzień są np. we Wrocławiu czy w Krakowie, widzą tam oblegane przez uchodźców dworce i myślą: "To co dopiero musi się dziać przy samej granicy". Bywa też, że goście dzwonią i pytają czy tu spadają bomby - dodaje Joanna Kamińska z Ośrodka Wypoczynkowego "Bieszczady".

Wpływ na słabą frekwencję turystów, zdaniem właścicieli, ma też sytuacja ekonomiczna.

- Wysoka inflacja, wszystko zdrożało. Wiele osób chyba w ogóle zrezygnowało z wyjazdu na majówkę - mówi pani Agnieszka.

Czytaj więcej: Majówka nie dla każdego. Polacy zaczęli oszczędzać

Wakacje 2022. "Robimy co możemy, ale optymizmu coraz mniej"

Kiedy pytamy o wakacyjne scenariusze, słyszymy, że kalendarze na kolejne miesiące nie wyglądają u wielu lepiej niż te majówkowe.

- Już część wakacyjnych rezerwacji odwołano. Mieliśmy w miarę fajny czerwiec, ale zostały tylko dwie grupy. Nawet sierpniowa grupa z końca miesiąca też zrezygnowała. Jadą nad morze. Wybrali kierunek oddalony od granicy. Szkoły, bo przecież maj to zawsze były zielone szkoły, też nie przyjadą. Bo np. dyrektorzy nie wyrażają zgody. Na cały maj mamy tylko jedną wycieczkę z Gdańska - mówi Joanna Kamińska z Ośrodka Wypoczynkowego "Bieszczady".

- Jak na majówkę jest pełno turystów, to wiemy, że sezon będzie dobry. A to co się teraz dzieje nie napawa nas optymizmem. Czarno to widzę. Będzie ciężko - ocenia Joanna Gromek z Krasnobrodu.

Właściciel pensjonatu w Uhercach dodaje: - Szykujemy plan B, żeby jakoś przetrwać. Bo na razie to "przejadamy" wypracowane wcześniej zyski i dokładamy swoje oszczędności. Robimy co możemy, ale optymizmu w nas coraz mniej - mówi.

Wszyscy zgodnie podkreślają: chociaż wojna w Ukrainie trwa, dla turystów na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie nic się nie zmieniło.

- Jest dokładnie tak jak było. Cicho i spokojnie. Mam nadzieję, że do wakacji ludzie się przekonają, że u nas ani wojny, ani zagrożenia nie ma - przekonuje Joanna Gromek. - Niech pani napisze, że tu się naprawdę nic złego nie dzieje. Może ludzie w końcu nam uwierzą i znowu zaczną odwiedzać Roztocze. Jak przyjadą, będą z pobytu na pewno zadowoleni. Jeśli tylko przyjadą - wzdycha.

Irmina Brachacz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy