Reklama

Reklama

Interwencja policji po "kradzieży" reklamówki za 3,99 zł w markecie

Interwencja ochrony, przyjazd policji, godzina łez, stresu i wstydu oraz mandat na 20 zł. To efekty sytuacji, do której doszło w jednej z bielskich Biedronek. Pani Anna zrobiła w sklepie zakupy. Zapłaciła za towar, ale jak twierdzi, zapomniała położyć na taśmie reklamówkę. Sklepową siatkę za 3,99 zł. - Od początku przepraszałam za roztargnienie i chciałam za torbę zapłacić. Ale odmówiono, wezwano policję i potraktowano mnie jak bandytę. Zrobiłam zakupy za prawie 200 zł, dlaczego miałabym kraść siatkę? - pyta pani Anna. Biedronka odpowiada, że takie są procedury, a policja - że kradzież to kradzież. Nawet jeśli jej wartość to 3,99 zł.

Dr Anna Brończyk-Puzoń, dietetyk kliniczny z Bielska-Białej, ostatnich zakupów w Biedronce przy ul. Komorowickiej z pewnością długo nie zapomni.

- Pojechałam z synem do sklepu, miałam kupić tylko olej, więc nawet nie brałam reklamówki, którą miałam w samochodzie. Ale jak to w sklepie bywa, to jeszcze się przyda, jeszcze tamto potrzebne i się uzbierało sporo zakupów - opowiada pani Anna. - Potem, standardowo, wypakowałam wszystko na taśmę. A że tam akurat siatek nie było, więc poszłam do kasy obok - wspomina. 

Chwilę później, z reklamówką w ręku, wróciła. 

Reklama

- Widziałam, że za mną stoi długa kolejka, a pani już skanowała moje produkty, więc szybko zaczęłam je pakować. Zapłaciłam za zakupy, odeszłam dosłownie dwa kroki i nagle przede mną wyrósł pan ochroniarz. Wylegitymował się i powiedział, że mnie zatrzymuje. Ja zdębiałam. Zapytałam czemu? "Dokonała pani kradzieży reklamówki" - opowiada dr Anna Brończyk-Puzoń.

Anna Brończyk-Puzoń: Nie położyłam na taśmie torby z roztargnienia

Kobieta zapewnia, że od razu przeprosiła i chciała za siatkę zapłacić, ale ochroniarz, który dostrzegł kradzież, nie zgodził się.  

- Powiedział: "Idzie pani ze mną", gdzieś dzwonił z pytaniem co robić. A potem wezwał policję. Nie dano mi szansy na uregulowanie kosztów, mimo wielu próśb. Zakupy zrobiłam za prawie 200 zł, dlaczego miałabym kraść siatkę za 3,99 zł? - pyta pani Anna.

Wspomina, że ta sytuacja była dla niej upokorzeniem.

- Wszyscy patrzyli na mnie z pytaniem: co ta kobieta zrobiła? Potraktowano mnie jak bandytę. W akcji brało udział dwóch ochroniarzy, potem przyjechało dwóch policjantów. Ja naprawdę chciałam zapłacić od razu, jak tylko ochroniarz uzmysłowił mi, że się zagapiłam. Ale on tłumaczył, że nawet jak dziecko wzięło lizaka za 56 gr, to też wzywał policję, bo tak mu każą - relacjonuje pani Anna.  

Interwencja policji. Mandat na 20 zł

Po 30 minutach na miejscu pojawiła się policja.

- Mówiłam policjantom, że od początku chcę za tę siatkę zapłacić. Płakałam, bo emocji było dużo. Policjant mnie uspokajał. Powiedział: "Wezwano nas, ja muszę pani wystawić mandat. Ale proszę się nie martwić, dam pani najniższą kwotę". Miałam wrażenie, że oni też wiedzą, że sytuacje jest kuriozalna - opowiada Anna Brończyk-Puzoń.

Policjanci nałożyli na kobietę 20 zł mandatu. "Za kradzież towaru".

- Nie dyskutowałam, nie żądałam obejrzenia monitoringu, na którym na pewno widać jak sięgam po reklamówkę i biegnę pakować zakupy. Od razu mandat uregulowałam - opowiada pani Anna.

Wychodząc zapłaciła jeszcze 3,99 zł za siatkę.

"Wiem, że nie jestem przypadkiem odosobnionym"

Wieczorem, kiedy emocje już nieco opadły, pani Anna siada i pisze post na FB z opisem tego, co ją spotkało. 

W komentarzach zawrzało. Internauci opisywali swoje historie: rewizji osobistej za piszczące przy wejściu buty albo nakaz ściągnięcia spodni wydany przez ochronę. Nie mogli się też nadziwić, że ochroniarz wzywał policję do reklamówki za niespełna 4 zł, tylko po to, żeby policja wystawiła mandat na 20 zł. "Bareja by tego nie wymyślił" - komentowali zdarzenie.

- Po setkach komentarzach widzę, że nie jestem odosobniona w tym co mnie spotkało. Jest to dla mnie potwierdzenie, że to nie jest normalne - mówi pani Anna.

Sprawę na FB skomentował także dr hab. Mikołaj Małecki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, twórca portalu Dogmaty Karnisty.

- Nie ma wykroczenia, jeśli się wzięło coś przez pomyłkę lub zapomniało. Bo żeby była kradzież, to musi być świadomość zabierania cudzej rzeczy i cel jej przywłaszczenia, a nie ma świadomości i celu przywłaszczenia w przypadku zapomnienia. Nie wiem jak policjanci ustalili, że doszło tu do świadomego zaboru, zapewne zadecydowała rutynowa bezmyślność. Zapomnienie = brak wykroczenia = brak podstaw do nałożenia mandatu - ocenił w komentarzu karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

I dodał, że nawet jeśli byłyby wątpliwości co do tego, czy była kradzież, czy nie, to wystarczyło pouczyć i zobowiązać do zapłacenia za siatkę

- Takie sprawy załatwia się konsensualnie, a nie bezmyślnym nakładaniem mandatów. Pan z ochrony zareagował natychmiast, więc musiał widzieć całą sytuację na bieżąco, więc zamiast zwrócić uwagę, że trzeba zapłacić jeszcze za torbę, wolał "polować" na okazję do schwytania "złoczyńcy" na gorącym uczynku. Bardzo nieprofesjonalne podejście - tłumaczy dr Mikołaj Małecki. 

Policja w Bielsku-Białej: Kradzież to kradzież

Pani Anna przyznaje, że sytuacja, w której się znalazła jest dla niej zupełnie niezrozumiała, a reakcję ochrony sklepu ocenia jako nieadekwatną do przewinienia.

- Rozumiem, gdyby doszło do awantury, ktoś by krzyczał, że nie zapłaci, udawałby, że skasował siatkę, to wzywa się ochronę, potem policję. Ale ja tam grzecznie stałam, zawstydzona i zestresowana i od początku kiedy ochroniarz zwrócił mi uwagę, chciałam za tę siatkę zapłacić - przypomina kobieta.

Podkreśla, że nie tylko dla niej było to przeżyciem.

- Mój syn do dziś pyta mnie o tę sytuację, o policjantów, czy oni nie zrobili mi krzywdy, po co przyjechali. On ma 9 lat. Niecodziennie widzi dwóch policjantów ubranych na czarno, z bronią koło nogi - mówi pani Anna.

Pytamy rzecznika Komendy Miejskiej Policji w Bielsku-Białej, czy policja musiała na to wezwanie zareagować.

- Tak. Kradzież należy do kategorii wykroczeń szczególnie uciążliwych dla społeczeństwa. Policja zobowiązana jest do przyjęcia każdego zgłoszenia kradzieży bez względu na jej wartość - mówi Interii Roman Szybiak, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Bielsku-Białej.

Rzecznik nie zgadza się z opiniami, że wzywanie policji do tak błahej sprawy, jest absurdem. - Reakcja na zgłoszenie kradzieży jest poważną reakcją policji na naruszenie prawa - tłumaczy.

"Przyjęła mandat, czyli przyznała się do winy"

Rzecznik bielskiej policji odnosi się też do tego, dlaczego funkcjonariusze wystawili pani Annie mandat w wysokości 20 zł

- Jest to najniższa możliwa grzywna, jaką przewiduje kodeks za wykroczenie kradzieży. Warunkiem nałożenia mandatu karnego przez policjanta jest przyznanie się przez osobę do winy. Tak więc pani zapewne przyznała się do winy i popełnienia tej kradzieży. O tym czy wobec sprawcy zastosować środek oddziaływania wychowawczego, czy zaproponować grzywnę w drodze mandatu karnego, decyduje policjant prowadzący czynności na miejscu - mówi Roman Szybiak, oficer prasowy KMP w Bielsku-Białej.

Dr Mikołaj Małecki widzi sprawę inaczej: - Ostatecznie, jeśli już policjanci zostali wezwani, to powinni stwierdzić, że to nie była kradzież. Angażowanie organów państwa by nałożyć mandat 20 zł za rzekomą kradzież siatki za 3,99 zł to nieporozumienie. Może i ochroniarz z pewnych względów musiał wezwać policję, może takie dostał wytyczne od przełożonych, ale to w takiej sytuacji policjant powinien pouczyć ochroniarza, że zabranie przez zapomnienie nie jest kradzieżą - przekonuje prawnik z Katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

Pani Anna przyznaje, że refleksja dotycząca samego mandatu pojawiła się u niej później. - Wiem, że powinnam tego mandatu w ogóle nie przyjmować. Ale w tamtym momencie chciałam tylko jak najszybciej stamtąd wyjść i wrócić z synkiem do domu - przyznaje.

Internautów zbulwersowało to, że sama interwencja kosztowała z pewnością więcej niż wartość "skradzionej" siatki. "Zmarnowano środki znacznie przekraczające wartość tej torebki, choćby paliwo na dojazd i jeśli komuś należała się kara to ochroniarzowi za niepotrzebne wezwanie policji" - sugerowali komentujący.

Biedronka: Jest nam przykro. Ale takie są procedury

Kiedy rozmawiam z panią Anną rano słyszę: Z tamtego konkretnego sklepu nie zadzwonił do mnie nikt. Z głównej Biedronki też cisza. Dziwię się i czekam. Chciałabym znać ich stanowisko, czy u nich jest to normalne i będą bronić pracownika, czy są zaskoczeni. Jak oni to widzą? Bo ja uważam, że tego typu sytuacje nie powinny mieć miejsca.

Kilka godzin później pod jej postem, pojawia się wpis:

"Jest nam przykro z powodu zaistniałej sytuacji, informujemy jednak że zewnętrzna firmą świadczącą usługi ochroniarskie zgodnie z obowiązującą ich procedurą ma obowiązek wezwania policji w każdym przypadku wykrycia przekroczenia towaru przez linię kas bez dokonania płatności".

- Rozumiem, że tak się robi, jeśli ktoś się awanturuje, nie chce zapłacić. Ale tu takiej sytuacji nie było. Przecież tam są kamery, można sprawdzić jak to wszystko wyglądało - mówi pani Anna.

Także i my pytamy przedstawicieli Biedronki czy wzywanie policji jest adekwatnym środkiem do zaistniałej sytuacji?

W odpowiedzi nadesłanej przez biuro prasowe sieci Biedronka czytamy: "Skontaktowaliśmy się z klientką by ją przeprosić, a także niezwłocznie po otrzymaniu zgłoszenia wszczęliśmy postępowanie wyjaśniające, ponieważ każdy taki sygnał traktujemy priorytetowo. Wyrażamy ubolewanie nad zaistniała sytuacją i podjęliśmy stosowne kroki, by do takich zdarzeń nie dochodziło w przyszłości".

Jakie? Tego biuro prasowe nie zdradza. Przedstawiciele Biedronki odnoszą się za to do wystawionego pani Annie mandatu.

"Jest nam bardzo przykro z powodu sposobu przeprowadzenia tej interwencji przez pracowników ochrony. W tym konkretnym przypadku wezwana została Policja, która przeprowadziła stosowne czynności i uznała, że zasadnym będzie wystawienie mandatu na kwotę 20 zł. Sieć Biedronka nie ma wpływu na wynik działań prowadzonych przez uprawnione do tego organy" - informuje biuro prasowe sieci Biedronka.

Czy ta odpowiedź satysfakcjonuje panią Annę?

- Nie. Zadzwonili do mnie tylko dlatego, że pani do nich napisała. Post "wisiał" od wtorku, byli oznaczeni, nie reagowali. Cała ta sytuacja jest absurdalna. I jedno wiem na pewno: nigdy nie powinna mieć miejsca - podsumowuje Anna Brończyk-Puzoń.

Irmina Brachacz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy