Reklama

Reklama

Dyrektor zwalnia, artyści protestują. Wojna w Teatrze Wielkim w Łodzi

- Mamy dość niszczenia naszego teatru, zastraszania i zwalniania osób niewygodnych - mówią pracownicy Teatru Wielkiego w Łodzi. Oskarżają dyrektora o mobbing, fatalne zarządzanie, skłócanie zespołu, intrygi i pozbywanie się tych, którzy odważą się sprzeciwić. Twierdzą, że na celowniku znaleźli się głównie związkowcy. W ostatnim czasie zwolniono dwoje. Łódzcy artyści wymogli na Urzędzie Marszałkowskim rozpisanie nowego konkursu. - Co z tego, skoro pan dyrektor chodzi i mówi, że sierpniowy konkurs już wygrał, a jak zostanie to zrobi porządek z tymi, którzy wbijają mu nóż w plecy - opowiadają pracownicy teatru. Dyrektor ich zarzuty nazywa pomówieniem, a konflikt określa "rzekomym". Zaglądamy za kulisy jednej z największych scen w Polsce, gdzie zarzuty o mobbing i seksizm mieszają się z oskarżeniami o rękoczyny i agresję.

Niedziela, 8 maja, kilka minut przed 18:00. Za chwilę kurtyna pójdzie w górę, a przybyli miłośnicy sztuki obejrzą w łódzkim Teatrze Wielkim operę "Turandot". Ale nim to się stanie, na scenę wchodzi kilku mężczyzn. Odczytują treść protestu.

Tancerze mówią o sporze zbiorowym, który trwa w teatrze, nielegalnym zwolnieniu przewodniczącego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Artystów Tancerzy, ale przede wszystkim o naruszaniu ludzkiej godności.

- Teatr Wielki w Łodzi to nadal druga pod względem wielkości scena operowa i baletowa w Europie. Dziś jest już wielki tylko z nazwy - podkreślają protestujący.  

Reklama

Nie są to pracownicy łódzkiego Teatru Wielkiego.

- Pomogły nam inne związki zawodowe. Tu jest takie zastraszanie, że żaden z naszych artystów nie odważył się tam stanąć. Nikt nie chce skończyć tak jak Agnieszka i Witek. Robiliśmy wszystko, żeby nie wychodzić z naszymi problemami na zewnątrz. Nie chcieliśmy narażać na szwank dobrego imienia teatru. Ale nie mamy wyjścia. Jeśli chcemy ratować nasz teatr, musimy powiedzieć głośno jak u nas jest - mówią Interii pracownicy teatru i opowiadają swoje historie.

"Fatalne zarządzanie, zastraszanie, mobbing". Pracownicy teatru kontra dyrektor

"Ten teatr od dawna nie ma szczęścia do dyrektorów" słyszę w Teatrze Wielkim, kiedy pytam o źródło konfliktu. Pracownicy wskazują, że chociaż problemy były zawsze, najgorzej dzieje się od trzech lat, kiedy to konkurs na dyrektora wygrał Dariusz Stachura, dawny solista zespołu. Medialnie znany jako polski Pavarotti, od kiedy w 1996 roku jako jedyny obcokrajowiec i pierwszy dubler Luciano Pavarottiego kreował na zmianę z mistrzem partię Rudolfa w "La Boheme".

- Wygrał konkurs, chociaż miał najkrótszy i najsłabszy program ze wszystkich kandydatów. Jego program składał się z kilku stron, a i tak go nie zrealizował. Ale kuluarowo wiemy, że jest dobrze umocowany - twierdzą pracownicy teatru.

Od jednej z artystek słyszymy: To nasz były kolega, śpiewaliśmy razem, do tej pory prowadził tylko swoją agencję koncertową, więc nie za bardzo ma doświadczenie w zarządzaniu taką instytucją. Jak przyszedł, to mylił kasę zapomogowo-pożyczkową z budżetem instytucji. Nie jest w stanie, po organizowaniu festiwali w Ciechocinku dla starszych pań, nagle przejąć ster tak dużej instytucji.

Lista zarzutów, jakie nasi rozmówcy stawiają dyrektorowi jest długa i poważna. Od mobbingu po seksizm i dyskryminację.

- Permanentne zastraszanie zespołu: zwolnieniami, naganami, odsuwaniem od spektakli. Każdy kto śmie skrytykować postępowanie dyrektora, nie ma życia. Atmosfera jest bardzo zła, cały zespół podzielony, Stachura dyskryminuje pracowników, królują znajomości i sympatie dyrektora. Kto nie jest z nim, ten jest przeciwko - mówi prosząca o zachowanie anonimowości pracownica teatru.

- Dyskryminowane są kobiety ze względu na swój wygląd, szczególnie dodatkowe kilogramy i wiek. O artystce, która została obsadzona w roli w "Cosi fan tutte" dyrektor na próbie generalnej wypowiedział się w kulisach, że jest za gruba i zamienił obsadę, żeby nie występowała podczas wieczoru, który miał być nagrywany - opowiada jeden z naszych rozmówców.

Zdaniem artystów, mężczyznom też się obrywa.

- Komentowane są ich brzuchy i różne typy sylwetek. Dyrektor nie zdecydował się na emisję teledysku "Bogurodzicy" w wykonaniu chóru męskiego, bo panowie wyglądali staro i powinni, jak się wyraził, się ufarbować - słyszymy od jednego z artystów.

Najwięcej emocji wywołuje powtarzana w teatrze historia jednej z artystek, która na spotkaniu z dyrektorem miała otrzymać propozycję pracy w dziale administracyjnym.

- Dyrektor powiedział jej, że będzie reprezentowała teatr i dużo zarabiała, bo "świetnie wygląda". Rzeczywiście jest bardzo atrakcyjną kobietę. Kiedy odmówiła, to powiedział jej wprost, że w takim razie on się postara, żeby "przez dwa lata grzała ławę" - twierdzą pracownicy teatru.

Dyrektor Dariusz Stachura: To kłamstwa i pomówienia

Dariusz Stachura to, co mówią o nim pracownicy, określa "mijaniem się z prawdą", a zarzuty pod swoim adresem - pomawianiem i dyskredytowaniem. Zarzutom dyskryminacji ze względu na płeć czy wygląd, dyrektor zaprzecza.

- Nie pamiętam, żebym mówił do moich pracowników czy o moich pracownikach, że są za grubi ani żadnych innych tego typu nieprzyjemnych komentarzy. Staram się być zawsze uprzejmy i traktować innych ludzi tak, jak sam chciałbym być traktowany - mówi Dariusz Stachura. 

Słowa jakie zdaniem naszych rozmówców miał powiedzieć do pracownicy kwituje: - Nie wiem, o jakim przypadku jest mowa, ale mogę powiedzieć, że wszyscy mamy świadomość, że kariera w zawodach artystycznych niekiedy kończy się wcześniej niż byśmy chcieli lub przestaje się rozwijać w dobrym kierunku. Wówczas zawsze zachęcam naszych pracowników, abyśmy wspólnie poszukali dla nich zatrudnienia w teatrze na innych stanowiskach, na których dalej mogliby pracować. Nie chcę w ten sposób nikogo dotknąć, a jedynie zapewnić, że teatr bierze odpowiedzialność za swoich pracowników i stara się im pomóc także wówczas, gdy z różnych względów ich kariera artystyczna nie rokuje dalszymi sukcesami - zaznacza dyrektor.

Odnosi się też do niedzielnego protestu, który w przerwie spektaklu określił "incydentem".

- Trzeba podkreślić, że żadna z pięciu osób, które wtargnęły na scenę przed niedzielnym spektaklem, nie jest pracownikiem Teatru Wielkiego w Łodzi. Całą tę "akcję" zorganizował pan Witold B., przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Artystów Tancerzy. Treść wystąpienia tych osób była niemal w całości niezgodna z prawdą, a przekaz dotyczący faktów, które rzeczywiście miały miejsce, został poważnie zmanipulowany - ocenia Stachura.

Zwolnienia związkowców. "Oskarżono mnie, że rzuciłem w kolegę butelką"

Nie da się ukryć, że głównym zarzewiem konfliktu są w teatrze związki zawodowe. A tych w łódzkiej instytucji jest kilka. Najbardziej aktywnym jest Ogólnopolski Związek Zawodowy Artystów Tancerzy przy Teatrze Wielkim i NSZZ Pracowników Kultury i Sztuki przy TWŁ. To ich przewodniczący i wiceprzewodnicząca zostali z teatru zwolnieni.

- Dlaczego mnie zwolniono? Zwróciłem uwagę koleżance, kiedy wtargnęła do garderoby w czasie, gdy się przebierałem. Zarzucono mi, że doszło do wyzwisk, że napierałem na nią. Nie jest to prawdą. Potem zwróciłem uwagę innemu artyście, by ten nie posługiwał się nielegalnie dorobionym kluczem do garderoby. Ten oskarżył mnie o to, że rzuciłem w niego butelką wody. A ja uważam, że zostałem zwolniony ze względu na moją działalność związkową - opowiada tancerz, jednocześnie przewodniczący OZZAT przy Teatrze Wielkim w Łodzi. 

W jego obronie staje Ogólnopolski Związek Zawodowy Artystów Tancerzy Międzyzakładowa Organizacja Związkowa przy Teatrze Wielkim w Łodzi. Jego zwolnienie nazywając "bezpodstawnym" i "bezskutecznym". Inną wersję przedstawia dyrektor Dariusz Stachura.

- Osoba ta została zwolniona z powodu agresywnych zachowań względem kilku współpracowników. Niestety były to powtarzające się przypadki stosowania agresji słownej, a nawet fizycznej, których żaden pracodawca nie może tolerować - mówi dyrektor Dariusz Stachura.  

Podkreśla, że mężczyzna został już raz zwolniony dyscyplinarnie w 2016 roku, ale teatr dał mu drugą szansę. 

- Szansa ta nie została wykorzystana, a do pracodawcy zaczęły docierać kolejne sygnały o jego wulgarnych napaściach słownych z elementami agresji fizycznej na innych pracowników. Kilku pracowników zgłosiło mi obawy o swoje bezpieczeństwo i zdrowie, więc nie mogłem pozostać bierny - przekonuje Stachura.

I dodaje: - Pod koniec kwietnia 2022 roku zapadł wyrok, w którym sąd oddalił powództwo pana B. o przywrócenie go do pracy. Takie rozstrzygnięcie nie mogłoby zapaść, gdyby sąd stwierdził, że zwolnienie było nieuzasadnione.

Zwolniony tancerz podkreśla, że wyrok jest nieprawomocny i będzie się od niego odwoływał. 

- Przy tych sytuacjach nie było żadnych świadków. Tylko ja i osoby, które mnie pomówiły. Stworzono intrygę tylko po to, żeby się mnie pozbyć - twierdzi zwolniony pracownik. 

"Dyrektor związków nienawidzi". Stachura: Spodziewałem się odwetu

Pani Agnieszka w teatrze pracowała 15 lat. Jest wiceprzewodniczącą NSZZ Pracowników Kultury i Sztuki. Dwa miesiące temu wręczono jej wypowiedzenie. Zarzucono jej konfliktowość i złamanie zasad współżycia społecznego.

- To samo, co koledze. A zrobiono to w taki sposób, że kiedy pan dyrektor w sposób nagły i niespodziewany zmienił inspektora chóru, stanęłam w jego obronie. To był wieloletni pracownik, który cieszył się poważaniem. W jego miejsce pan dyrektor mianował dwie osoby, panią i pana, którzy w zespole nie cieszyli się zaufaniem. Zespół prosił mnie o pismo w tej sprawie. Napisałam. Podpisało się pod nim 27 osób. Kilka dni później zostałam zaproszona do sekretariatu, gdzie wręczono mi... skargę na mnie. Wybrani przez dyrektora pracownicy oskarżyli mnie o mobbing. Wszczęto wobec mnie procedurę antymobbingowa - opowiada Interii pani Agnieszka, wiceprzewodnicząca NSZZ Pracowników Kultury i Sztuki przy TWL.

Komisja pracowała przez ponad rok.

- W protokole stwierdzono finalnie, że mobbingu nie było, ale opierając się na zeznaniach tamtych świadków, napisano uzasadnienie do zwolnienia mnie z trzymiesięcznym wypowiedzeniem. Zarzucono mi, że niszczę stosunki społeczne. Ta procedura była specjalnie tak przeprowadzona, żeby efekt końcowy był taki, jaki jest. Stałam się drugą ofiarą tego, że niewygodnych się zwalnia - twierdzi kobieta.

Dyrektor Stachura podkreśla, że komisja antymobbingowa stwierdziła, że pani Agnieszka od wielu lat dopuszczała się "niewłaściwych i niedopuszczalnych zachowań względem współpracowników", np. "straszenia pracowników poprzednim dyrektorem teatru i wywoływania u nich realnych obaw o ich dalsze zatrudnienie w teatrze czy podważania autorytetu swoich przełożonych i ich upokarzanie w obecności innych pracowników". 

- Wie pani, jakie tam były "zarzuty"?  Że pcham koleżankę na scenie, że wzrokiem wywierałam wpływ na przełożonego albo w ogóle wysyłałam wrogie spojrzenia i miałam nieodpowiedni wyraz twarzy w stosunku do kolegów inspektorów na próbach. To brzmi jak przedszkolne problemy. Ale konsekwencje tych pomówień są takie, że my tracimy pracę. Dyrektor nas zwalnia i jeszcze o tym opowiada. Ludzie do mnie dzwonią i pytają: "A to prawda, że ty kogoś nadepnęłaś na scenie?". No paranoja - mówi zwolniona wiceprzewodnicząca związku zawodowego.  

I dodaje: - W mojej sprawie, prócz tych powyższych, większość zarzutów dotyczyła mojej działalności związkowej, której przecież nie prowadziłam sama. A pan dyrektor związków zawodowych nienawidzi. Ma na nie alergię. Zatrzymuje członków związku na korytarzu, pyta o przynależność związkową, nakłania do wypisania się podczas spotkań w gabinecie. I wszystko odbiera jako personalny atak. My podpisujemy pisma w imieniu zespołu, a on bierze na cel nas imiennie - ocenia pani Agnieszka.

Dyrektor Stachura stanowczo zaprzecza

 - Zwolnienie obu tych osób nie miało żadnego związku z wykonywaną przez nie działalnością związkową. Oboje wielokrotnie dopuścili się świadomego naruszenia zasad współżycia społecznego. W tym stanie rzeczy decyzja o ich zwolnieniu była konieczna. Zapewnienie bezpieczeństwa pracownikom teatru od agresji fizycznej i psychicznej jest podstawowym obowiązkiem pracodawcy - tłumaczy dyrektor.

I wraca do niedzielnego protestu: - Miałem świadomość, że po podjęciu decyzji o zwolnieniu tych pracowników spotkam się z odwetem, bo tak traktuję niedzielny manifest wygłoszony ze sceny teatru przez osoby związane z panem Witoldem. Jednak uważam, że pracodawca musi być przede wszystkim uczciwy względem swoich pracowników i musi mieć odwagę stawać w ich obronie oraz podejmować trudne decyzje, także kosztem własnego spokoju - podkreśla Dariusz Stachura.

To nie pierwszy bunt

Artyści skarżą się, że problemem są też pieniądze. Od zeszłego roku są z dyrekcją w sporze zbiorowym. Opowiadają, że często wychodzą na scenę bez podpisanych umów, a niedzielny protest nie był pierwszą próbą zwrócenia uwagi.

- Były takie sytuacje, że orkiestra na próbie generalnej czy przed nagraniem spektaklu siedziała i nie chciała zagrać, dopóki pan dyrektor nie przyjechał, nie porozmawiał, bo np. nie wiedzieli za ile grają, jaką mają ekstra stawkę premierową. Na próbie do "Koncertu Jubileuszowego" w styczniu 2022 chór nie śpiewał jednego utworu - wokaliści ruszali tylko ustami - w proteście przeciwko niedopuszczeniu koleżanki do koncertu oraz braku ustalonej stawki. Koleżanka została dopuszczona do koncertu, dyrektor obiecał dodatkowe pieniądze, niestety, za niedługi czas koleżanka dostała i tak naganę z wpisem do akt, a stawki za statystowanie do tej pory nie zostały wypłacone, nie podpisano umów - żalą się artyści.

Skarżą się też na... gwiazdy, występujące w teatrze.

- W lutym 2021 roku dyrektor wynajął naszą scenę Telewizji Polskiej na koncert walentynkowy. Gwiazdą koncertu był między innymi Zenek Martyniuk. W Teatrze Wielkim w Łodzi. Dla nas to wstyd jakich mało. Internet aż huczał - wspominają artyści.

Czytaj więcej - Interia Muzyka - Internauci kpią z Zenka Martyniuka w Teatrze Wielkim. "Walentynkowy koncert życzeń" w TVP

Dział promocji Teatru Wielkiego w przysłanym do PAP wyjaśnieniu tłumaczył wówczas, że "jedną z istotnych sfer działalności nie tylko łódzkiej opery jest odpłatne udostępnianie budynku na różne eventy oraz wydarzenia artystyczne". A także, że dobór zaproszonych artystów był po stronie organizatora, czyli TVP.

Pracownicy żądają konkursu

W styczniu 2022 roku pracownicy piszą pismo do organizatora Teatru Wielkiego, czyli Marszałka Województwa Łódzkiego z wnioskiem o przeprowadzenie konkursu na stanowisko Dyrektora Naczelnego TWŁ. Pismo podpisują cztery z sześciu działających w teatrze związków zawodowych.

Zarząd Województwa Łódzkiego konkurs ogłasza. Ma być rozstrzygnięty do połowy sierpnia. Ale w rozmowie z Interią pracownicy przekonują, że "dyrektor już wie, że wygrał"

- Publicznie chwali się swoim poparciem w ministerstwie, mówi o sobie, że jest nie do ruszenia, że ma gwarantowaną posadę dyrektorską na najbliższe pięć lat. Opowiada w bufecie albo na różnych zebraniach, że pozbywa się osób, które wbijały mu nóż w plecy. I jak tu dalej zostanie, a zostanie, to "zrobi porządek i wywali wszystkich, którzy są przeciwko niemu" - mówi jeden z pracowników.

- Byłam w komisji tego pierwszego konkursu, przepytywałam pana dyrektora trzy lata temu, związek zawodowy reprezentowany przeze mnie był na "nie". I to wydaje mi się, że też nie pozostaje bez wpływu na moje zwolnienie - przypuszcza zwolniona wiceprzewodnicząca jednego ze związków zawodowych.

W rozmowie z Interią dyrektor Stachura potwierdza, że zdecydował się na wzięcie udziału w konkursie.  

- Mam nadzieję, że moja wizja rozwoju instytucji jest dobra - i jeśli zostanie za taką uznana przez komisję konkursową - że będę mógł kontynuować pracę na dotychczasowym stanowisku. Zresztą wbrew temu, co twierdzą zwolnieni przeze mnie działacze związkowi, myślę, że moja współpraca z załogą teatru układa się dobrze. Nie dostrzegam konfliktu na linii dyrektor - artyści. Widzę natomiast napięcie na linii dyrektor - kilku pracowników, którzy twierdzą, że reprezentują ogół pracowników, mimo że tak nie jest - przekonuje. 

Zapewnia, że jeśli wygra, "nie zamierza bez naprawdę bardzo poważnych powodów zwalniać jakichkolwiek pracowników", a rozsiewanie pogłosek, że już wie, że wygrał ma na celu "pogorszenie jego relacji z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Województwem Łódzkim w kontekście trwającego konkursu". Czy czuje się protegowanym ministra?

- Jestem przekonany, że pan wicepremier profesor Piotr Gliński kieruje się jedynie wiedzą, kompetencjami i osiągnięciami osób, z którymi współpracuje. Jeśli więc słowo "protegowany" miałbym rozumieć w taki sposób, że pan prof. Piotr Gliński oraz inni przedstawiciele obu naszych organizatorów (Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Łódzkiego - przyp. red.) doceniają moje kompetencje, osiągnięcia i wizję rozwoju teatru, to chciałbym być ich protegowanym - odpowiada Dariusz Stachura. 

"Chcemy dyrektora, który nie będzie prowadził własnego folwarku"

O sprawę konfliktu w teatrze pytamy w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego

"Organem właściwym do rozpoznania sprawy oraz odpowiedzialnym za przeprowadzenie konkursu na dyrektora jest organizator Teatru Wielkiego w Łodzi, czyli Marszałek Województwa Łódzkiego. Jest jednak oczywiste, że informacje na temat, który pani sygnalizuje, docierają także do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego" - czytamy w odpowiedzi.

Odpowiedzi Centrum Informacyjnego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w zakresie przyczyn zwolnienia związkowców jest kropka w kropkę podobna do odpowiedzi, jakiej udzielił nam dyrektor, nawet z użyciem tych samych zdań. Od siebie centrum dodaje, że "sprawa pozostaje przedmiotem troski i analizy ze strony ministerstwa".

- Boimy się, że dyrektor się nie myli i już wie, że wygra. Widzimy polityków jednego ugrupowania, którzy są goszczeni, przedstawiani przez dyrektora ze sceny, prowadzeni za kulisy, gdzie robią sobie z nami zdjęcia i dlatego zapala nam się lampka ostrzegawcza. A my chcemy tylko jednego. Rzetelnego, uczciwego konkursu. I dyrektora, który nie będzie tu prowadził swojego folwarku - mówią pracownicy Teatru Wielkiego w Łodzi.

Irmina Brachacz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy