Reklama

Reklama

Wciągające światy Jerzego Kędziory

Rzeźby balansujące Jerzego "Jotki" Kędziory podróżują po całym świecie. Tam, gdzie się pojawią, hipnotyzują przechodniów swoimi umiejętnościami akrobatycznymi i wyczuciem równowagi. Wydają się być rękawicą rzuconą Newtonowi. Nieoczywiste, wymykające się, przynajmniej dla oka, prawom fizyki.

Poczesna. Dom i pracownia artysty. Rzeźby balansują na linach, gdy mistrz rozświetla wnętrze, spawając im kręgosłupy, lub pochyla się nad szklanym stołem, powołując je do życia na papierze.

Kładka ojca Bernatka. Do niedawna jeszcze dziesięć figur, przyciągających oko przechodnia sztuczkami wykonywanymi nad przejściem łączącym Podgórze z Kazimierzem. Trupa balansjerów, którzy stali się jednym z najbardziej fotogenicznych symboli Krakowa.

Reklama

Bydgoszcz. Przechodzący przez rzekę - rzeźba odsłonięta 4 maja 2004 roku, symbolizująca wejście Polski do Unii Europejskiej.

Szpital w Kobierzynie. Przestronna hala - pracownia. Nad wejściem akrobata z krzesłem, wewnątrz fragmenty postaci, częściowo przygotowane kadłuby, ręce, glina.

Berlin. Figury poruszające pacjentów Koenig Elizabeth Klinik. I nie tylko. Art-terapia rzeźbami Kędziory dociera również do Czech.

Dubaj. Imponująca wystawa zderza się z ikonoklazmem islamskim, czyli zakazem przedstawiania w sztuce między innymi ludzi.

Amsterdam, Nowy Jork, Wenecja. I tak dalej.

Wreszcie Częstochowa i powstające właśnie na odnawianym Starym Rynku wielkie teatrum rzeźb, które będzie można oglądać już w drugiej połowie grudnia.

Postaci Jerzego Kędziory wchodzą w dialog z tłumem, ożywiają to, co wydaje się surowe. Zmuszają widza do spojrzenia w górę, zatrzymania się, zamyślenia i zadania sobie pytania: jak to możliwe?

To ten rodzaj rzeźb, które hipnotyzują - jak francuski linoskoczek Philippe Petit, który w 1974 roku przeszedł po linie rozciągniętej między wieżami World Trade Center, osoba, będąca jedną z inspiracji w twórczości artysty.

Gdy podczas wystawy w Old Westbury Gardens w 2019 roku Jerzy Kędziora i Philippe Petit poznali się osobiście, obaj, po dłuższej rozmowie, stwierdzili zgodnie: jesteś wariatem! Wtedy linoskoczek zgodził się, by artysta odtworzył go w rzeźbie. Petit powstanie w dwóch wersjach - jedna trafi do Częstochowy, druga zostanie przygotowana z myślą o Nowym Jorku.

Jerzy Kędziora wciąga widza do swojego świata. Nie tylko przez temat czy formę. Stawia nas w pozycji wymagającej aktywności - zarówno fizycznej, jak i intelektualnej. Jesteśmy tymi, którzy patrzą na rzeźby balansujące z perspektywy żabiej.

Tu cień rzeźby staje się zupełnie odrębnym bytem, alter ego rzuconym gdzieś na ziemię czy ścianę budynku. Ta rozłączność, paradoksalnie, wpłynęła na możliwość pokazania wystawy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Realistyczne, czasem nagie postacie balansujące zmusiły kuratorów wystawy do szukania interpretacji, która pozwoliłaby ominąć panujący w islamie zakaz przedstawiania w sztuce między innymi ludzi i zwierząt. Ktoś wytłumaczył, że w przypadku braku połączenia figury z cieniem nie mamy do czynienia z przedstawieniem żywej istoty.

Ale wystawa w Dubaju była również trudna z innych względów. Jak w atrakcyjny sposób pokazać rzeźby wśród budynków rządowych, w przestrzeni, do której niezbyt często zaglądają zwykli turyści? W przestrzeni chłodnej, odpersonalizowanej, nasyconej błękitami i szmaragdami szkła sterylnych drapaczy chmur? To było wyzwanie.

Rzeźby balansujące są zarówno ludźmi zatrzymanymi w ruchu, jak i rzeźbami wprawionymi w ruch.

- Muszę myśleć kilkoma torami. Pierwsze: motyw i forma, a drugie to jakiś spektakularny rodzaj ruchu i ustawienia - mówi Jerzy Kędziora.

Zainstalowanie rzeźb to z reguły skomplikowane przedsięwzięcie, praca na wysokościach. Tu wjeżdżają dźwigi, podnośniki, drabiniaste ruszty, a czasem wkraczają i alpiniści. Trzeba brać pod uwagę nie tylko ciężar rzeźby, ale również ciężar samej liny, sąsiedztwo budynków, wody czy po prostu wiatr.

I wydawać by się mogło, że bez obliczeń się to nie uda. 

- Stosuję fizykę taką, powiedzmy, przednewtonowską, intuicyjną... Kiedyś naukowcy, którzy przyglądali się moim rzeźbom, powiedzieli: lepiej, żeby nie było tu naszych studentów, bo nie będziemy wiedzieli, jak im to wszystko wytłumaczyć. Innym razem znajomi z Politechniki Częstochowskiej przyglądali się, jak ustawiam rzeźby. Udawałem, że coś przeliczam na kartce, żeby ich podpuścić. Podeszli, patrzą na te notatki i mówią: Jurek, to nie tak - tu trzeba wektor, tu wektor... Przeliczyli wszystko, a i tak się nie zgadzało, nie wypalało. 

Bo na oko nie mogło się zgadzać. 

- Przecież wiedziałem, jak można oszukać - jak każdy dobry handlowiec. Tu się dołoży czopkę, tam szczyptę materii. I mówię do tych fizyków, doktorantów - gdzieście duszę w tych obliczeniach umieścili? Bo moje rzeźby mają duszę. No więc nigdy nie sprawdzają się takie zimne obliczenia. Ich obliczenia.

Czy mamy do czynienia ze sztuką, która wymyka się fizyce i matematyce? 

- No jak to - obrusza się rozbawiony artysta: komputer w głowie, rentgen, intuicja.

Żeby nie wejść w konflikt z Newtonem, rzeźbiarz w swojej pracowni, która w pewnym sensie jest pracownią alchemiczną, ożywia postacie, nadając im stosowny ciężar.

Rzeźby balansujące wykonane są z kompozytów syntetycznych, składających się w tym przypadku z żywic usztywniających szklane czy węglowe maty i różnych wypełniaczy, przede wszystkim z mączki marmurowej albo pyłu mosiężnego czy miedzianego. Wpływ na ich ułożenie mają różnego rodzaju balasty, przeciwwagi i równoważniki.

Dziś rzeźby balansujące czyta się jednak zupełnie inaczej niż w 1997 roku, kiedy z pracowni artysty wyszły pierwsze "fantomy ludzkich postaci w skrajnie powyginanych pozach, uczestnicy sztafety zmiany systemowej". Wówczas figury zmuszone do balansowania były utworami publicystycznymi, które przez kontekst społeczno-polityczny zaczęły dopełniać zbiorowy portret Polaka czasu transformacji ustrojowej wtedy realizowany.

- To miał być pewien rys człowieka czasu transformacji. Liczyłem, że powstanie pięć rzeźb. Ale później, jak skończyłem tę serię, ktoś mi powiedział: nie wygłupiaj się, rób takie rzeźby! Zacząłem więc szukać postaci, które są bardziej do tej liny przynależne. I tak zrobiłem kilku sportowców, cyrkowców czy akrobatów. Cóż mógłbym jeszcze powiedzieć... Nie lubię mnożyć bytów na siłę. Można oczywiście złapać srokę za ogon, ale ja się za szybko nudzę.

- Pewien grafik sprowokował mnie na wystawie w Świeradowie i zapytał: a Chrystusa balansującego byś umiał zrobić? 

- Ze trzy lata się z tym męczyłem, bo niby mógłby taki balansujący Chrystus powstać i robić jakieś skandale... To by napędzało koniunkturę. Ale nie jestem tego typu człowiekiem.

Upłynęło jednak trochę czasu. - Zaprzyjaźniony ksiądz, diecezjalny kurator mnie podparł - co ja ci będę podpowiadał. Rób. Gdyby ktoś to umiał jeszcze powtórzyć w innej formie, to Chrystus wahający się mógłby stać się archetypem - jak Jezus upadający pod krzyżem, niosący krzyż czy frasobliwy. 

- Myślałam, myślałem i w końcu wymyśliłem postać Chrystusa balansującego, a właściwie nie balansującego, tylko wahającego się. Przedstawiłem go w chwili, kiedy ma wziąć krzyż, nie wtedy, kiedy już mu kazano iść w drogę. Taką wybrałem metaforę.

Rzeźba nazywa się "Drogowskaz", a sama kompozycja przypomina skrzyżowanie. Utwór był prezentowany w Częstochowie, niedaleko Jasnej Góry. Gdy wokół "Drogowskazu" zrobił się szum za sprawą publikacji w "Nie", sprawa otarła się o biskupa.

- Jakieś dewotki poszły do biskupa na skargę, ale ten powiedział, że Chrystusa diabeł nosił na górę, Chrystus się nie obrażał, umiał z tego wyjść. Więc co to dla niego stanie na linie? 

- To wahanie się jest jedną z podstaw naszej wiary. Mimo, że  moje rzeźby często są w miarę przeciętnymi postaciami, to skrywam w nich znaczące treści czy ważniejsze sformułowania.

"Drogowskaz" powstał w 1999 roku. Dziś mógłby pełnić rolę utworu publicystycznego komentarza - jak kiedyś portret Polaka czasu transformacji.

***

Szukając innej ekspresji rzeźbiarskiej, Jerzy Kędziora podjął ostatnio temat sportowców. Obecnie poszerza ten cykl z myślą o igrzyskach w Paryżu w 2024 roku.

Na Starym Rynku w Częstochowie, który przechodzi rewitalizację, trwają ostatnie szlify przy stałej ekspozycji rzeźb balansujących. W formie teatru otwartego na odnowionej przestrzeni spotkają się postaci z różnych dziedzin, co pozwoli artyście zaprezentować szeroki arsenał technik balansowych. W tej barwnej trupie pojawią się również goście specjalni - wspomniany już linoskoczek Philippe Petit czy Charlie Chaplin. Częstochowa czeka na jeszcze jedną rzeźbę - Częstocha - który być może również dołączy w najbliższym czasie do ekspozycji.

Jerzemu Kędziorze nie marzyło się bycie artystą, bo artysta to ten, który unosi się ponad ziemią.

Zapytany kiedyś o to, czy czuje, że został osobiście pobłogosławiony, odpowiedział:

"Myślę, że tak. Bez poczucia takiego daru - iskry bożej - nie mógłbym żyć, jak żyję, robić tego, co robię. A cieszę się z życia. Z tego zawodowego fragmentu życia. Ale samym błogosławieństwem żyć nie można, z nim można startować, ufać w sens, a potem poszukiwać, odkrywać, gonić, błądzić, pracować, pracować... Innego sposobu ja nie znam."

Ewelina Karpińska-Morek

***

Cytaty umieszczone w tekście pochodzą z wywiadu z Rocio Heredią, opublikowanego w albumie "Jerzy Kędziora. Na Krawędzi imaginacji".

Zdjęcia oraz filmy dzięki uprzejmości Jerzego Kędziory i Fundacji Art Balance.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama