Reklama

Reklama

Afera maltańska. "Powaga państwa została nadszarpnięta"

Konflikt, jaki narodził się pomiędzy Kancelarią Prezydenta a gabinetem odchodzącej pani premier przypominał infantylną grę w kotka i myszkę i zakrawał na coraz bardziej żenujący spektakl. Ewa Kopacz obstawała przy swoim i apelowała do Andrzeja Dudy o zmianę terminu, a ośrodek prezydencki odbijał piłeczkę i wskazywał, że właściwym sprawcą zamieszania i prowodyrem całej awantury jest nie kto inny, jak sama premier. Ostatecznie okazało się, że polskie krzesło podczas spotkania unijnych przywódców pozostanie puste, a na "maltańskiej aferze" najbardziej ucierpi wizerunek państwa. - To, czy ktoś z Polski na Maltę pojedzie, czy nie pojedzie, jest obecnie sprawą drugorzędną, bo prestiż i powaga państwa zostały już wystarczająco nadszarpnięte - ocenia w rozmowie z Interią profesor Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego.

We wtorek wieczorem minister ds. europejskich Rafał Trzaskowski zapowiedział, że polskie stanowisko na Malcie będzie reprezentował premier Czech Bohuslav Sobotka. Dodał, że strona polska wysłała w związku z tym Czechom szczegółowe instrukcje. Więcej na ten temat TUTAJ.

Nie zmienia to faktu, że w związku z zamieszaniem wokół nieformalnego szczytu dot. migrantów, który odbędzie się na Malcie, wizerunek naszego kraju ucierpiał.

Reklama

Kością niezgody okazała się feralna data 12 listopada. Na ten dzień prezydent Andrzej Duda wyznaczał posiedzenie Sejmu nowej kadencji. Problem polega jednak na tym, że termin ten nakłada się z datą szczytu Unii Europejskiej i państw afrykańskich. Tuż po zakończeniu tego spotkania, odbędzie się zwołany przez szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska nieformalny szczyt UE poświęcony kryzysowi związanemu z napływem uchodźców do Unii. Na tym tle narodził się spór na linii prezydent-premier, którego obecnie jesteśmy świadkami.

Wzajemne przepychanki

Ewa Kopacz najpierw zwróciła się do prezydenta, by to on reprezentował Polskę 12 listopada. Andrzej Duda na Maltę się jednak nie wybiera i przekonuje, że powinna się pojechać pani premier. "Ja tutaj problemu nie widzę. Widocznie ktoś ma jakieś problemy i próbuje je kreować i tworzyć. Nie wiem, czy to jest związane z kwestiami  międzynarodowymi, czy bardziej z kwestiami wewnętrznymi jednej z partii" - argumentował prezydent. "Do tej pory to ona brała udział w szczytach, jest w tej sprawie wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Ze mną pani premier na ten temat nie  rozmawiała, nic nie było uzgadniane, w związku z czym rozumiem, że jedzie pani premier" - uściślał.

Po odmowie Ewa Kopacz próbowała jeszcze negocjować i poprosiła prezydenta, aby przesunął o jeden dzień posiedzenie Sejmu, aby mogła polecieć na szczyt w sprawie uchodźców. W odpowiedzi na jej słowa Krzysztof Szczerski oświadczył, że prezydent nadal oczekuje, że to ona pojawi się na Malcie. Zaznaczył też, że ta kwestia rozstrzygnie o wiarygodności pani premier. - Jeśli chce zachować jakąkolwiek wiarygodność swoich deklaracji o wadze spraw, którymi powinna zajmować się na Malcie, to powinna tam być 11 listopada. Nie wyobrażam sobie, żeby pani premier Kopacz - robiąc tę całą awanturę - opuściła ten szczyt - oświadczył.

Prezydencki minister wskazywał też, że na podstawie wydawanych komunikatów można wnioskować, że w grę wchodzą tylko dwa warianty motywów, które kierują panią premier Kopacz. - Albo chodzi o chęć dokończenia swojej pracy na funkcji premiera w atmosferze niekończącej się awantury, którą mieliśmy przez ostatnie miesiące w Polsce, albo o wewnętrzne rozgrywki Platformy, które powodują, że jest tak zablokowana, że nie może podjąć racjonalnej decyzji - tłumaczył. 

Konstytucja rozwiewa wątpliwości

Rozmowy utkwiły w martwym punkcie i jak na razie wzajemnym oskarżeniom nie ma końca. Tymczasem Konstytucja, w sprawie tego, kto na Malcie pojawić się powinien, jest wyjątkowo precyzyjna. - W sprawach europejskich właściwy jest rząd z premierem na czele. To wynika przede wszystkim z wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie o sygnaturze Kpt. II/08, która dotyczyła sporu pomiędzy Prezesem Rady Ministrów a Prezydentem RP - wyjaśnia w rozmowie z Interią prof. Ryszard Piotrowski.

Rozwiązanie forsowane przez premier Kopacz, czyli uczestnictwo w szczycie prezydenta, jest możliwe, ale pod pewnymi warunkami. - Udział prezydenta byłby możliwy tylko w przypadku, gdyby chodziło o realizację jego konstytucyjnych zadań związanych zwłaszcza z ochroną suwerenności państwa, czy bezpieczeństwa, czyli kwestiami kluczowymi, które do niego należą. Być może na tym posiedzeniu będzie chodziło o dyskusję na temat zagadnień mających znaczenie dla suwerenności i bezpieczeństwa państwa, ale także w tym przypadku prezydent powinien reprezentować stanowisko rządu i mieć możliwość włączenia się w jego kształtowanie się. Ono powinno mu być przestawione wcześniej - argumentuje.

Konstytucjonalista zaznacza, że przyglądając się tej sprawie należy także pamiętać o momencie, w którym skończą się pełnomocnictwa obecnego rządu. - One przestaną obowiązywać wówczas, gdy zostanie zaprzysiężony przez prezydenta nowy rząd. Dopóki to nie nastąpi, to Prezes Rady Ministrów znajduje się w stanie dymisji, czyli w sytuacji, gdy przyznano mu tymczasowe pełnienie funkcji - tłumaczy.

Prezydent nie może odmówić przyjęcia dymisji

Kroki, które muszą zostać podjęte w następnej kolejności, wyraźnie precyzuje ustawa zasadnicza. - Na pierwszym posiedzeniu Sejmu prezes Rady Ministrów składa dymisję rządu, a prezydent ją przyjmuje. Dotychczasowa praktyka jest jednak niejednolita i polega na tym, że Prezes Rady Ministrów albo składa podczas obrad Sejmu oświadczenie o dymisji, albo na piśmie informuje Marszałka Sejmu, że została ona złożona. Prezydent nie może odmówić jej przyjęcia w związku z pierwszym posiedzeniem Sejmu, które zwykle jest wielodniowe, bo nie ogranicza się do jednorazowego spotkania w sali obrad - dodaje ekspert.

Wszystkie podejmowane działania muszą służyć i gwarantować legitymizm władzy publicznej. - Ze względu na konstytucyjną zasadę współdziałania władz, która wynika ze wstępu do Konstytucji RP, jak i przepisów dotyczących prowadzenia polityki zagranicznej wskazuje, że należy wypracować takie stanowisko, które umożliwi realizację tych wszystkich powinności konstytucyjnych we właściwy sposób. Tak żeby sprawność działania państwa nie była niczym zagrożona i jednocześnie też, żeby te działania państwa charakteryzowały się rzetelnością, która gwarantuje legitymizm władzy publicznej - zaznacza prof. Piotrowski.

Dopytywany o najlepszy sposób na rozwiązanie powstałego sporu, wskazuje, że przede wszystkim powinno ono być zgodne z ustawą zasadniczą. - W tym wypadku nie ma żadnego problemu z punktu widzenia obowiązującej Konstytucji. Każdy robi swoje. To znaczy Prezes Rady Ministrów reprezentuje Polskę w sprawach europejskich na tym spotkaniu i składa dymisję rządu na posiedzeniu Sejmu, ale to nie oznacza, że musi złożyć osobiście oświadczenie w tej sprawie na forum Sejmu.  Po tym następuje desygnowanie nowego Prezesa Rady Ministrów i zaprzysiężenie rządu - podkreśla.

Zabrakło dobrej woli

W dużej mierze jałowy spór o "gorące" krzesło na Malcie jest dowodem na to, że ze strony rządzących przede wszystkim brakuje chęci i gotowości do współdziałania i żadna zmiana konstytucji w tym przypadku nie pomoże. - Bez względu na to, czy będzie obowiązywała taka konstytucja, czy inna, a nie będzie chęci współdziałania w trosce o powagę państwa, to nie da się zmusić piastunów urzędów publicznych do wykonywania postanowień prawa. Tutaj potrzebna jest polityczna i osobista wola - komentuje ekspert. 

Tej ostatniej  najwyraźniej zabrakło, a na całej "maltańskiej aferze" najbardziej ucierpiał wizerunek państwa.  - To, czy ktoś na Maltę pojedzie, czy nie pojedzie, to jest obecnie okoliczność drugorzędna. I tak wystarczająco prestiż i powaga państwa zostały nadszarpnięte. Przy okazji mamy sposobność uświadomić sobie, że ważność tych szczytów jest względna, a pieniądze na to wydawane można byłoby lepiej spożytkować, choćby na rzecz podatników. Może niekoniecznie trzeba finansować podróże na Maltę, czy do Brukseli, a pomyśleć o potrzebujących. Może taka refleksja przebije się do opinii publicznej - wskazuje ekspert.

Chcąc, nie chcąc po raz kolejny staliśmy się ofiarami zjawiska określanego mianem wirtualizacji polityki. Rządzący zamiast rozwiązywać rzeczywiste problemy, skierowali naszą uwagę na te napompowane sztucznie i przy okazji zabawili się naszym kosztem.  A my poświęciliśmy uwagę na sprawy nic nie wnoszące do naszego życia.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje