Reklama

Reklama

Karol Lewandowski: Nigdy nie sprzedamy busa

No to w drogę! /materiały prasowe

- Po przeczytaniu informacji o Australii znalezionych w sieci, spodziewałem się, że po wylądowaniu w Sydney zostaniemy od razu zaatakowani przez jadowite węże i pająki. A jeżeli one nas nie zabiją, to zrobią to krokodyle-ludojady, rekiny czy parzące meduzy - o czteromiesięcznej wyprawie starym busem przez Australię rozmawiamy z Karolem Lewandowskim, autorem książki "Busem Przez Świat. Australia za 8 dolarów".

Busa kupili w 2010 roku. Kosztował dwa tysiące złotych. Bez pieniędzy i doświadczenia wyruszyli w pierwszą podróż - od razu przez pół Europy na Gibraltar. Przez sześć lat przemierzyli kawał świata, od Stanów Zjednoczonych po Australię, a prowadzony przez nich blog "Busem Przez Świat" stał się jednym z najbardziej lubianych i najchętniej czytanych serwisów podróżniczych w kraju.

Dariusz Jaroń, Interia: Często odpowiadasz na pytanie, co wam właściwie strzeliło do głowy z tym busem?

Karol Lewandowski: Zdarza się. Pytam wtedy kogoś takiego, czy sam nie chciałby tak żyć? Przez większość roku być w podróży, poznawać nowe miejsca i nowych ludzi, przeżywać przygody rodem z filmów i jeszcze zarabiać na opisywaniu tego wszystkiego.

Reklama

I co?

- Okazuje się, że większość by chciała, ale boi się podjąć ryzyko. Bo żeby w taki sposób żyć, trzeba dużo poświęcić.

Co masz na myśli?

- Trzeba zrezygnować z kariery zawodowej, stabilizacji finansowej i przez kilka lat rozwijać całe przedsięwzięcie, nie zarabiając na tym ani złotówki. Trzeba też być gotowym na to, że podczas takiej podróży spotka nas wiele stresujących sytuacji, auto często się psuje, nieraz trzeba je pchać w deszczu w środku nocy lub szukać pomocy wśród obcych ludzi. Ale i tak wolę takie problemy, niż problemy związane z codzienną pracą w korporacji.

Zjeździliście busem kawał świata. Dlaczego tym razem zdecydowaliście się na Australię?

- Australia fascynowała nas od zawsze. Po przeczytaniu "Tomka w krainie kangurów" czy obejrzeniu "Krokodyla Dundee" marzyłem, żeby tu kiedyś przyjechać, ale wydawało mi się to nieosiągalne. Ale po tym, jak udało się nam zorganizować podróż busem dookoła Ameryki Północnej, uwierzyliśmy, że każde marzenie można zrealizować. I postanowiliśmy spełnić właśnie to o podróży do Austalii.

Z jakim obrazem Australii w głowie leciałeś na miejsce?

- Po przeczytaniu informacji o Australii znalezionych w sieci, spodziewałem się, że po wylądowaniu w Sydney zostaniemy od razu zaatakowani przez jadowite węże i pająki. A jeżeli one nas nie zabiją, to zrobią to krokodyle-ludojady, rekiny czy parzące meduzy. Opowiadano nam nawet o zabójczych rybach-kamieniach, jadowitych płaszczkach czy - tylko z pozoru sympatycznych - dziobakach, które mają kolce jadowe. Wydawało nam się, że jedziemy na pewną śmierć.

Skoro rozmawiamy, wyszliście ze spotkania z australijską fauną zwycięsko...

- Jak już się nasłuchaliśmy i naczytaliśmy, że to najbardziej zabójczy i jadowity kontynent świata, spodziewaliśmy się, że to właśnie zwierzęta będą naszym największym problemem. Okazało się, że napotykane przez cztery miesiące węże czy pająki, choć wyglądały groźnie, to bały się nas chyba bardziej niż my ich. Problemem były natomiast kangury, które bardzo często o zmroku skaczą pod koła przejeżdżających aut. Robią to, ponieważ panikują na widok świateł. Trzeba bardzo uważać, bo kangur na tle buszu jest praktycznie niewidoczny, a niektóre osobniki są wielkości człowieka. Zderzenie z nim zazwyczaj kończy się kasacją samochodu.

Z czym jeszcze mieliście problem?

- Bardzo dużym wyzwaniem byłą pogoda. To był środek australijskiego lata, 40-50 stopni Celsjusza w cieniu. Nasz busik strasznie się grzał, mogliśmy jechać maksymalnie 60-70 km/h, bo wyższe prędkości kończyły się... eksplozją układu chłodzenia. W busie nie ma klimy, a przy tych temperaturach powietrze wpadające przez okna było jak z piekarnika. Kierowca w takich warunkach dawał radę prowadzić maksymalnie przez dwie godziny, więc bardzo często musieliśmy robić zmiany. Na północy trafiliśmy natomiast na porę deszczową, wiele dróg było pozalewanych. Objazd takiej drogi wymagał nieraz przejechania nawet tysiąca dodatkowych kilometrów. Od dużej ilości pyłu i piachu zacierały nam się też wszystkie możliwe łożyska, łącznie z łożyskiem w drzwiach przesuwnych, które któregoś dnia po prostu wypadły.

Bus często się psuł w takich warunkach?

- Tak, przez te cztery miesiące mieliśmy wiele awarii. Z większością udało nam się poradzić bez problemu, bo mieliśmy ze sobą bardzo dużo narzędzi i części zapasowych. Ale jedna awaria zaskoczyła nas totalnie - podczas jazdy przez jedną z pustyń odpadło nam koło. Utknęliśmy w miejscu bez zasięgu, kilkaset kilometrów od najbliższego miasta. Byliśmy zdani tylko na siebie.

Czego się w takich sytuacjach można o sobie dowiedzieć?

- Że nie ma dla nas problemów nie do rozwiązania. Skoro udało nam się przeżyć 50-stopniowe upały, atak szarańczy, burzę piaskową i poradzić sobie z tym nieszczęsnym urwanym kołem na środku pustyni, to poradzimy sobie ze wszystkim.

Twierdzisz, że w Australii da się przeżyć i jeszcze ją zwiedzić, wydając osiem dolarów dziennie. To jakieś 30 złotych... Co za te pieniądze można zobaczyć?

- Większości Polaków Australia kojarzy się z bardzo drogim państwem i raczej nie jest to dla nas popularny kierunek wakacyjny. Tymczasem Australia jest idealnym krajem do taniego podróżowania! Przede wszystkim jest tu olbrzymia sieć darmowych kempingów; niektóre z nich mają nawet darmowe prysznice, elektryczne grille czy internet. Nie potrzebujemy więc pieniędzy na noclegi.

- Najpiękniejsza w Australii jest natura i parki narodowe, a te w większości są darmowe. Jeżeli chodzi o wyżywienie, to jest bardzo dużo tanich marketów, w których zaopatrywaliśmy się w mięso z kangura - które jest tu najtańszym mięsem, do tego kupowaliśmy tanie owoce i warzywa na farmach i grillowaliśmy sobie wszystko na darmowych elektrycznych grillach, które są dostępne na każdej plaży i w każdym parku. Jeśli dołożyć do tego jeszcze fakt, że paliwo jest tu prawie dwa razy tańsze niż w Polsce, to okazuje się, że podróżowanie po Australii nie jest aż takie drogie.

Co szczególnie poleciłbyś turystom wybierającym się do Australii?

- Na pewno bardzo długo będziemy wspominać odwiedziny w prywatnym sierocińcu dla kangurów. Poznaliśmy ludzi, którzy trzymają w domu kilkanaście kangurów, karmią je z butelki, a niektóre nawet śpią z nimi w łóżku. Mieliśmy okazję trzymać je na rękach, nakarmić, a nawet zobaczyć jak jeden z nich stawia pierwsze kroki. Niesamowite doświadczenie, które polecam każdemu, kto planuje wyjazd do Australii. Zdecydowanie dużo bardziej podobała nam się zachodnia Australia i centrum kontynentu, a wschód i duże miasta trochę nas rozczarowały.

Marzenie o wyjeździe do Australii - zaliczone. Co dalej?

- Pomysłów mamy bardzo dużo, aktualnie ciągnie nas do Ameryki Południowej. Pomysł powoli się rozrasta i teraz myślimy już nad wyprawą naszym busem przez trzy Ameryki śladami Tony’ego Halika - od Ziemi Ognistej aż do Alaski. Taka wyprawa trwałaby minimum rok, więc będzie to nasze największe przedsięwzięcie.

 "Busem Przez Świata" to otwarty projekt. Kto może do was dołączyć?

- Każdy. Jedyny warunek to minimum 18 lat. Na naszym blogu zawsze publikujemy informacje o kolejnej wyprawie z przynajmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Kiedy już podamy szczegóły dotyczące terminów i kosztów wyjazdu, chętni muszą wypełnić krótki formularz i zgłosić się na wyprawę. Ufamy losowi, dlatego członków ekipy wybieramy na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy".

Dużo osób się zgłasza?

- Nawet po kilka tysięcy. Dlatego zrezygnowaliśmy zabaw w "castingi" i spotkania indywidualne, bo to stało się po prostu niemożliwe. Od kilku lat bierzemy ze sobą przypadkowych ludzi i - jak na razie - dopisuje nam szczęście, bo trafiamy na bardzo fajnych kompanów. Ogólnie mamy szczęście do ludzi. Dzięki dobrym osobom spotykanym na swojej drodze, wielokrotnie wychodziliśmy z tarapatów.

Wyobrażasz sobie, że kiedyś sprzedacie busa i od poniedziałku do piątku będziesz chodził do zwyczajnej roboty?

- Nigdy nie sprzedamy busa. Zbyt się z nim zżyliśmy, stał się dodatkowym członkiem ekipy. Nawet jeśli kiedyś całkowicie się rozsypie i przestaniemy nim podróżować, to pewnie będzie stał w ogródku i przypominał nam o wszystkich przygodach, które wspólnie przeżyliśmy.

A proza zawodowego życia?

- Pojęcia nie mam, jak będzie wyglądało moje życie za kilka lat. Gdyby ktoś dziesięć lat temu powiedział mi, że zwiedzę startym busem ponad 50 państw, będę spędzał większość roku w podróży i zarabiał na opisywaniu tego wszystkiego, to pewnie bym nie uwierzył. Blogosfera jest bardzo młodą branżą, z roku na rok niesamowicie się rozwija, dlatego trudno przewidzieć, jak to się potoczy. Trzeba po prostu dalej robić to, co się kocha, a reszta sama się ułoży.

Rozmawiał Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy