Reklama

Reklama

​"Wariant pesymistyczny dla Turcji? Rosja nie ustąpi"

- Kreml ma świadomość, że pogrążona w kryzysie Turcja stanowi duże zagrożenie dla całego porządku europejskiego. W ten sposób Rosja pośrednio wywiera presję na Unię Europejską - mówi Interii Mateusz Chudziak z Ośrodka Studiów Wschodnich. Ekspert wyjaśnia, jakie są przyczyny konfliktu turecko-rosyjskiego w północnej Syrii i jakie mogą być jego konsekwencje lokalne i globalne.

Artur Wróblewski, Interia: Jakie cele w konflikcie rosyjsko-tureckim w Idlibie w północnej Syrii ma Moskwa? Nie ma chyba bowiem wątpliwości, że to Kreml pociąga za sznurki w tym starciu.

Reklama

Mateusz Chudziak, ekspert w Zespole Turcji, Kaukazu i Azji Centralnej Ośrodka Studiów Wschodnich: Celem Rosji jest wywarcie presji na Turcji. Ankary nie stać na upadek ostatniej enklawy opozycji w Syrii, którą to opozycję Turcja wspierała praktycznie od samego początku wojny. Dlaczego Ankarze tak bardzo zależy na utrzymaniu Idlibu przez siły przeciwników Baszszara el Asada? Turcja nie może bowiem pozwolić sobie na przyjęcie kolejnej dużej liczby uchodźców z ostatniego bastionu opozycji. To bardzo poważnie wstrząsnęłoby sytuacją wewnętrzną Turcji i panującym tam porządkiem politycznym. Moskwa to wykorzystała w naciskach na Ankarę. Kreml ma świadomość, że pogrążona w kryzysie Turcja stanowi duże zagrożenie dla całego porządku europejskiego. W ten sposób Rosja pośrednio wywiera presję na Unię Europejską, by od najważniejszych państw Wspólnoty, czyli Niemiec i Francji, uzyskać koncesję dla swojej polityki w Syrii. Nie wiadomo jeszcze, jakie żądania Moskwa postawić Berlinowi i Paryżowi. Można jednak założyć, że celem jest uznanie przez Europę reżimu Asada i być może uzyskanie środków finansowych od Unii Europejskiej na powojenną odbudowę Syrii.

Czy jeszcze w interesie innego państwa leży konflikt rosyjsko-turecki w Syrii?

- Nie sądzę. Tutaj mamy przypadek poważnego konfliktu interesów Turcji i Rosji. Ankara od samego początku wojny w Syrii kreowała się na patrona wszystkich sił uczestniczących w Wiośnie Arabskiej. To, co dzisiaj obserwujemy, to tragiczny i bardzo przykry finał, tego co się zaczęło na przełomie lat 2010 i 2011, i objęło cały Bliski Wschód oraz Afrykę Północną. Dzisiaj mamy do czynienia z wiszącą w powietrzu klęską sił, które miały obalić reżim Asada. Turcja występowała jako patron tych sił i wzorzec cywilizacyjny, który odnosił się do aspiracji demokratycznych społeczeństw Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. W rzeczywistości obecnie Turcja nie lansuje już demokratycznego modelu w regionie. Wręcz przeciwnie, Turcja obecnie robi coś odwrotnego i broni się przed negatywnymi konsekwencjami wojny w Syrii. A te mogą okazać się tragiczne dla sytuacji gospodarczej Turcji, groźne dla pozycji wewnętrznej prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana. Z tego powodu Turcja chce za wszelką cenę uniknąć upadku będącego celem ofensywy wojska Asada Idlibu. Tutaj interesy Turcji są trudne do pogodzenia z interesami Rosji. Moskwa jest bowiem protektorem reżimu Asada, a Ankara uważa go za praprzyczynę wszelkiego zła, które w ostatniej dekadzie wydarzyło się w Syrii. Ten konflikt to sprawa stricte rosyjsko-turecka.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że Rosja i Turcja są sojusznikami. Zauważyliśmy wyraźne odejście Ankary od sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i skierowanie się w stronę Moskwy, czego wyrazem był zakup rosyjskiego uzbrojenia. Tymczasem obecnie mamy konflikt zbrojny.

- Współpraca rosyjsko-turecka formalnie nigdy nie była sojuszem, nigdy nie weszła na poziom instytucjonalnych, głębokich związków. Zawsze dotyczyła jedynie doraźnej współpracy politycznej. Najpoważniejszą sprawą był oczywiście głośny zakup przez Turcję rosyjskich systemów obrony przeciwlotniczej S-400. Motywowane to było z jednej strony względami wewnętrznymi, z drugiej strony rozczarowaniem Stanami Zjednoczonymi. Amerykanie, z którymi Turcja jest przecież głęboko związana sojuszem NATO, nie byli w stanie przedstawić Ankarze satysfakcjonującej oferty. A przecież to Stany Zjednoczone były najważniejszym i głównym dostarczycielem broni dla Turcji. Jest jeszcze jedna kwestia. Efektem wojny w Syrii, dla Turcji negatywnym, było powstanie autonomii kurdyjskiej na granicy syryjsko-tureckiej. Ankara była przeciwna utworzeniu para-państwa Kurdów, nie zyskała jednak w tej materii zrozumienia ani Stanów Zjednoczonych, ani Zachodu Europy. Tymczasem Ankara odbiera utworzenie autonomii kurdyjskiej w Syrii jako zagrożenie egzystencjalne dla państwa tureckiego. W konsekwencji jedynym dla Turcji partnerem, który potrafił przedstawić korzystną ofertę sprzedaży broni i jednocześnie zaproponować tymczasowe satysfakcjonujące rozwiązanie polityczne w Syrii, była Rosja. Doraźna współpraca o charakterze taktycznym, pozwalająca na zniwelowania zagrożeń płynących dla Turcji z konfliktu w Syrii, była realizowana między Ankara i Moskwą. Jednocześnie przez cały ten czas nie zniknął problem podstawowy, czyli zupełnie odmiennej oceny sytuacji w Syrii oraz kwestii wrogów i sojuszników. Turcja nigdy nie odstąpiła od żądań ustąpienia Asada, którego znowuż Rosja broni od samego początku konfliktu. Tutaj wyraźnie widać sprzeczność dalekosiężnych planów Turcji i Rosji. A ta sprzeczność obecnie bardzo się uwidoczniła.

Jakie zatem Turcja ma możliwości działania wobec Rosji? Wszyscy zadają sobie pewnie pytanie, czy możliwy jest wybuch otwartego konfliktu turecko-rosyjskiego?

- Jedyne, co Turcja może zrobić, to zwiększyć obecność wojsk w rejonie Idlibu i dążyć do odparcia ofensywy sił Asada wspomaganych przez Rosję. I to Turcja robi. W ten sposób Ankara chce wypracować sobie korzystniejszą pozycję przed rozmowami politycznymi, które są i mają być prowadzone. Na czwartek zaplanowano spotkanie Putina i Erdogana. W wariancie najkorzystniejszym dla Turcji dojdzie do modyfikacji strefy wokół Idlibu, którą Turcja formalnie się opiekowała i którą nadzorowała, w takim stopniu, który przynajmniej w czasie odłoży ostateczny upadek sił opozycji syryjskiej i groźbę kolejnej fali uchodźców na terytorium Turcji. Z tym, że tym razem fala uchodźców byłaby ogromna, mówi się nawet o milionie osób. Zaznaczę jednak, że to jest wariant optymistyczny dla Turcji.

Jaki jest zatem wariant pesymistyczny?

- Wariant pesymistyczny dla Turcji jest taki, że Rosja nie ustąpi. Upadek Idlibu w zamiarach Moskwy miałby zdestabilizować Turcję i w rezultacie wywrzeć ogromną presję na Unię Europejską. Takie rozstrzygnięcie będzie również pesymistyczne dla Europy. Oznaczałoby to bowiem, że Turcja wyśle na Zachód uchodźców, ale już nie w liczbie kilku tysięcy, jak to było w ostatnim tygodniu, ale fala będzie milionowa. Wtedy sprawa Idlibu stanie się problemem nie lokalnym, a ogólnoeuropejskim.

Zatem Unia Europejska powinna już interweniować.

- Unia Europejska jest obecnie zajęta rozwiązywaniem obecnego problemu na granicy grecko-tureckiej, gdzie pojawili się migranci przebywający dotychczas w Turcji, a których Ankara sama tam odesłała. To miało wywrzeć presję na najważniejsze państwa europejskie, które mają stanąć po stronie Ankary w rozmowach z Moskwą. Obecnie mamy moment wyczekiwania. Trudno teraz wyrokować, w jaki sposób Unia Europejska zareaguje. Pierwsze skrzypce będą odgrywały Niemcy i Francja, dwa najważniejsze państwa unijne. Wejdą one wraz z Turcją i Rosją w tak zwany format czterostronny i będą prowadzić rozmowy z Putinem i Erdoganem. A prezydenci Rosji i Turcji wykorzystują to i rozgrywają dla siebie, przystępując do rozmów z pozycji siły. Będą chcieli przekonać Berlin i Paryż do swoich wzajemnie sprzecznych racji, nakłonić do ustępstw na własną korzyść.

Turcja nie jest członkiem Unii Europejskiej, ale jest członkiem NATO. Jak ten sojusz wpływa na konflikt turecko-rosyjski?

- NATO traktuje wszystkie działania militarne Turcji w Syrii, czyli działania prowadzone poza granicami tureckimi, jako prowadzoną na własną rękę inicjatywę Ankary. Turcja nie występuje jako członek NATO, ale suwerenne państwo, które podejmuje działania na własną odpowiedzialność. Oczywiście w sytuacji, kiedy doszło do bezpośredniej konfrontacji Turcji z armią innego państwa, przy bardzo prawdopodobnym udziale rosyjskim w ostrzelaniu pozycji tureckich, a w efekcie śmierci kilkudziesięciu żołnierzy tureckich, NATO uruchomiło procedurę Artykułu Czwartego Paktu Północnoatlantyckiego. Doszło do konsultacji dotyczących ewentualnej pomocy zbrojnej państwu członkowskiemu w razie ataku. Natomiast z wszelkim prawdopodobieństwem można stwierdzić, że NATO jako organizacja nie jest zainteresowane bezpośrednim udziałem militarnym po stronie Turcji w tym konflikcie. Jak już powiedziałem, Sojusz uważa ten konflikt jako samodzielną inicjatywę turecką, do tego nie skonsultowaną z innymi państwami NATO.

Jak zatem Stany Zjednoczone, mimo wszystko tradycyjny sojusznik Turcji, zareagują na konflikt z Rosją?

- Stanowisko Stanów Zjednoczonych jest mocno wyczekujące. Trzeba też zaznaczyć, że amerykańska polityka wobec Turcji i Bliskiego Wschodu jest bardzo niejednolita. Inną politykę prowadzi Pentagon, inną Departament Stanu, a jeszcze inną prezydent Donald Trump. A przecież wszystkie te ośrodki realnie kształtują politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Można przyjąć, że dla Amerykanów cała ta sytuacja jest korzystna, ponieważ pozwoli w jakimś stopniu zmiękczyć Turcję i zmusić Ankarę do odstąpienia od aktywacji zakupionych już rosyjskich systemów S-400. To uzbrojenie zostało już zakupione, ale proces jego uruchomienia ma się zakończyć dopiero w kwietniu. Taki przynajmniej był plan. Jednak w sytuacji konfrontacji turecko-rosyjskiej, kiedy na jaw wychodzi ewidentna słabość i kruchość współpracy Ankary i Moskwy oraz wysoka cena współpracy z Rosją, Stany Zjednoczone znalazły się w bardzo korzystnej sytuacji. Waszyngton może bowiem ponowić ofertę sprzedaży własnych systemów Patriot. To też dobry pretekst do poprawy stosunków z Turcją, które w ostatnim czasie zostały nadszarpnięte po całej serii nieporozumień. Normalizacji relacji Ankary i Waszyngtonu będzie jednak teraz odbywała się na warunkach amerykańskich, bo obecnie to Turcja musi, a Stany Zjednoczone mogą.

Wszystko wskazuje na to, że czwartkowe spotkanie Putina z Erdoganem w Moskwie będzie miało kluczowe znaczenie.

- Jest to prawdopodobne, że dojdzie do przełomu. Jednak nawet jeżeli uda się uzyskać porozumienie dotyczące Idlibu, bo przedmiotem rozmów będzie kwestia ostatniego bastionu opozycji syryjskiej, to będzie miało ono jedynie czasowy charakter. Rozprawa reżimu Asada z przeciwnikami, których wspiera Turcja, zostanie jedynie odłożona w czasie.   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne