Reklama

Reklama

Uchodźcy we własnym kraju. Reportaż z obozu Baharka

Safaa ma 10 lat. Jej ulubionym zajęciem jest malowanie. Nie pokaże nam jednak swoich prac - wszystkie czekają w szkole na wystawę najciekawszych dzieł uczniów i uczennic. Nauczycielki mówią jej, że ma duży talent. Czy w przyszłości będzie mogła go rozwinąć? To zmartwienie nie na teraz. Teraz są inne problemy. Skąd wziąć pieniądze na jedzenie? Za co kupić ubrania na zimę? Jak uszczelnić dom przed zbliżającymi się deszczami?

Safaa miała trzy lata, gdy jej rodzina musiała opuścić dom i zacząć ucieczkę przed ISIS. Mieszkali w rejonie miasta Sindżar, skąd - z krótkim pobytem w Mosulu - przenieśli się do obozu Baharka. 

W Baharce mieszka około pięć tysięcy osób. Są oni wewnętrznymi przesiedleńcami, uchodźcami we własnym kraju, uciekającymi przed bojownikami ISIS. Powstały w 2014 roku obóz oddalony jest o kilkanaście kilometrów od Irbilu, stolicy irackiego Kurdystanu. Prowadzi do niego dziurawa asfaltowa droga, otoczona z obu stron zwałami gruzu i śmieci. Gdy wieje silniejszy wiatr, odpadki wznoszą się i wpadają wprost na szyby przejeżdżających aut. 

Reklama

Do obozu nie dociera żadna komunikacja zbiorowa, więc mieszkańcy, choć mogą opuszczać miejsce, często tego nie robią - jeśli nie mają własnego auta, nie mają jak dojechać do miasta.  

Odetchnęli dopiero w Baharce

Kilkunastoosobowa rodzina Khalida, ojca Safy, mieszka w składającym się z pięciu pomieszczeń, zbudowanym z pustaków domu. To rodzina wielopokoleniowa - oprócz potomstwa Khalida mieszka tam też rodzina jego syna Mohameda. 

Khalid w Baharce prowadzi warsztat. Zanim ugości nas w swoim domu, pokazuje swoje miejsce pracy. Wyglądający jak niepozorna rupieciarnia warsztat jest jedynym źródłem dochodu rodziny. Khalid utrzymuje wszystkich, ponieważ tylko jemu zdrowie pozwala na podjęcie pracy.  

Wykonuje w obozie rozmaite prace naprawcze. Często to ciężkie zadania, zdecydowanie nie dla 50-latka. 

Rodzina trafiła do Baharki na samym początku istnienia obozu. W miejscu, z którego pochodzą, Khalid był kierowcą w rządowym biurze. Jego kontrakt był jednak tymczasowy, a mężczyzna nie miał znajomości we władzach, które pomogłyby mu w jego przedłużeniu. Poza tym - rodzina nie czuła się tam bezpiecznie. 

W okolicach Mosulu, gdzie przenieśli się najpierw, również czuli się zagrożeni. Dopiero w Baharce odetchnęli z ulgą. 

Gdyby nie miejsce w obozie, zostałaby im ulica

Gdy na plecach 14-letniej Asii zaczęły pojawiać się białe plamy, jej matka Ateab pomyślała, że to wszystko przez strach.

- Córka tak bała się nalotów samolotowych, że zaczęła chorować - mówi Ateab.

Plamy na skórze stale się powiększają. Zaczynają też obejmować inne części ciała. Dziewczyna potrzebuje leczenia laserem, którego nie zapewnia podstawowa opieka medyczna w obozie. Rodzina nie ma żadnego ubezpieczenia zdrowotnego, więc koszty leczenia musi pokryć samodzielnie. Niestety - nie stać ich.  

Po wejściu do domu rodziny Ateab uwagę przykuwa wielki, wzorzysty, bardzo czysty dywan. I zalaminowane dokumenty, które za chwilę poda nam jej mąż, Said Yosif. To dokumenty medyczne członków rodziny. Ich najważniejsze dokumenty. Traktowana jak święte pismo przepustka do innej, może lżejszej przyszłości. 

W Baharce mieszkają od roku i trzech miesięcy. 

Said od lat zmaga się z nawracającym nowotworem żołądka. Jego syn, Zeid, choruje na raka kości. Ateab ma problemy z plecami, przez które nie może się sprawnie poruszać. 

- Mamy w rodzinie cztery przewlekle chore osoby i nie mamy żadnego przychodu. Nie mamy też domu, więc gdyby nie miejsce w obozie, bylibyśmy na ulicy - mówi matka. Ze łzami w oczach dodaje, że przez własne problemy zdrowotne nie może wspierać swoich dzieci tak, jak powinna. 

Ich sytuacja nie jest odosobniona. Ponad połowa rodzin z Baharki zmaga się z chorobą przynajmniej jednej osoby. W obozie działa klinika prowadzona przez Polską Misję Medyczną ze środków programu Polska pomoc. Jest tam gabinet dentystyczny, ginekologiczny, jest apteka. Ale to wciąż za mało. Uchodźcy często potrzebują specjalistycznej opieki, która jest poza ich zasięgiem ze względów ekonomicznych. 

Dom opuszczali w pośpiechu

Said, Ateab i ich dzieci również pochodzą z okolic Sindżaru. Zanim bojownicy Daesh (czyli tzw. Państwa Islamskiego) dotarli do ich regionu, małżeństwo słyszało historie o porwaniach, kradzieżach, zabójstwach, wykorzystywaniu kobiet i dziewcząt. Zdecydowali, że uciekną, zanim tamci nadejdą. Do tamtej pory mieli dobre, komfortowe życie - wspomina Said. Mężczyzna prowadził należący do jego ojca sklep. Później, gdy przybyło ISIS, wszystko zostało zniszczone. 

Rodzina opuszczała dom w pośpiechu. Ateab i Said zabrali z niego tylko dokumenty. Dzieci nieśli na rękach. Przemieszczali się z całą masą ludzi, którym pomagali opłaceni przemytnicy. Udali się do Aleppo, później do Antiochii, aż w końcu dotarli do okolic Ankary. Czasem podróżowali pieszo, czasem autami.

- Nie byliśmy sami, część naszej rodziny też szła w tym pochodzie, ludzie nas wspierali, dzieci były małe, pomagali nam więc je nieść - opowiada Said. 

Przed przyjazdem do Iraku i Baharki przez kilka lat mieszkali w Turcji. Jak wspominają, byli tam dobrze traktowani. Mieszkańcy ich ugościli. Pomagali w opłaceniu rachunków i leczeniu Zeida, który przeszedł tam dwie operacje wycięcia guza. 

Mały, skromny, piękny dom

Z poprzedniego życia Najat, żona Khalida, najbardziej tęskni za domem. Gdy go wspomina, zaczyna się uśmiechać. 

- Dom był mały i skromny, ale piękny - mówi kobieta. 

Mimo iż wynajmowany, włożyli w niego dużo serca, urządzili po swojemu, obok był ogród, zwierzęta. 

- Stworzyliśmy sobie swoje miejsce, ale gdy przyszło ISIS, nic nam nie zostało - dodaje. 

I pokazuje nagranie, które niedawno wysłała jej synowa odwiedzająca właśnie Sindżar. Na filmiku widać dokładnie - po ich dawnym życiu zostały tylko uszkodzone ściany. 

Rodzina nie ma do czego wracać. Poza tym, jak mówią, nie czuliby się tam bezpiecznie. Mimo że tzw. Państwo Islamskie oficjalnie nie istnieje, ludzie nadal boją się ekstremistycznych bojówek. 

W miarę skromnych możliwości mieszkańcy i mieszkanki obozu Baharka próbują oswajać przestrzeń, nad którą unosi się atmosfera tymczasowości. Budują namiastkę dawnego życia. Tak jak choćby rodzina Khalida - obok domu prowadzą niewielki ogródek, zbudowali gołębnik, mają przydomowego psa. Gościna w ich domostwie oznacza oprowadzanie po wszystkich pomieszczeniach. W jednym z nich na ścianie wisi piękny tamburyn, czyli "duff", z napisem "bóg". 

Obok oswajania rzeczywistości, ważna jest też pamięć. O nią dba inny mieszkaniec Baharki, pochodzący z Mosulu Burhan, wywołując z niej miejsca, które już nie istnieją lub których być może już nigdy nie zobaczy. Mężczyzna tworzy rzeźby i makiety ze styropianu. Odtworzył między innymi nieistniejący minaret Wielkiego Meczetu al-Nuri w Mosulu.

Większość jego dzieł jest obecnie w obozowej świetlicy. Tam wszyscy mogą je oglądać.

W swoim warsztacie ma kilka dzieł, nad którymi obecnie pracuje. Na przykład most Pira Delal na rzece Chabur w mieście Zakho na północy Iraku. Burhan odtwarza jednak nie tylko zabytki swojej kultury.

- To tradycyjny kurdyjski dom, z kilkoma izbami i stajnią dla zwierząt na zewnątrz - opowiada o jednym ze swoich projektów.

W warsztacie jest jeszcze jedna makieta domu. Burhan zapala w nim światło i otwiera drzwiczki. Widać przez nie maleńkie naczynia do podawania herbaty.

Przyszłość w ojczyźnie

Okazuje się, że w obozie stara opona może być świetną zabawką. Dzieciom brakuje jednak bezpiecznych miejsc do spędzenia wolnego czasu. Synowie Saida wspominają Turcję - ze wszystkich miejsc, w których mieszkali, właśnie tam podobało im się najbardziej, choć nie rozumieli tamtejszego języka. Był tam jednak plac zabaw, na którym spędzali dużo czasu. W niczym nie przypominający tego w Baharce, który, wykonany ze słabej jakości materiałów, uległ już dawno zniszczeniu. Zresztą, nawet gdy działał, zabawy na nim groziły upadkiem na kamieniste podłoże i zdarciem skóry na kolanach. Dziś więc pozostaje piłka nożna na okolicznych, pełnych śmieci polach. 


Dzieci mówią, że lubią szkołę. Asia spotyka się tam ze swoimi przyjaciółmi. Po szkole lubi oglądać telewizję, szczególnie bollywoodzkie kino. Może marzy o wielkiej miłości, pięknym ślubie. Może o własnym miejscu, w którym poczuje się naprawdę jak w domu. 

Jej rodzice przyszłość rodziny widzą w ojczyźnie, w Iraku. Mówią, że nie chcą wracać do Turcji. - Tu dzieci mogą uczyć się w swoim języku, może w przyszłości zostaną doktorami lub nauczycielami - mówi Said. 

- Przyszłość to wielka niewiadoma, nie wiemy, jak będzie, nie mamy domu, do którego możemy wracać. Jeśli zamkną obóz, będziemy w bardzo trudnej sytuacji - dodaje Ateab. 

Wizja zamknięcia obozu jest niestety coraz wyraźniejsza po tym, jak władze Iraku podjęły decyzję o zlikwidowaniu placówek dla uchodźców wewnętrznych. Nie wiadomo, jak długo działać będą obozy w irackim Kurdystanie. 

Póki co Ateab i Said najbardziej martwią się przyszłością Zeida. Gdy Said odsłania jego ramię, widać dokładnie ślady po operacjach. I duży guz. Chłopiec ma problemy z podniesieniem ręki. Opowiadając o tym, Ateab ma łzy w oczach. Mówi: - Syn bardzo potrzebuje specjalistycznego leczenia. Powinien też lepiej się odżywiać. Jeśli prędko mu tego nie zapewnimy, możemy go po prostu stracić.



Reportaż powstał przy wsparciu Polskiej Misji Medycznej w ramach projektu "Pomoc medyczna i dentystyczna dla uchodźców, osób przesiedlonych i ludności lokalnej w guberni Erbil i Al-Hamdaniya w Iraku", który jest współfinansowany z programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Jeśli chcesz wesprzeć prace Polskiej Misji Medycznej, wejdź TUTAJ lub wpłać dowolna kwotę na konto 62 1240 2294 1111 0000 3718 5444.

Wasze komentarze
No hate

Dodawanie komentarzy pod tym artykułem zostało wyłączone

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym, nasyconym nienawiścią komentarzom, niezależnie od wyrażanych poglądów. Jeśli widzisz komentarz w innych serwisach, który jest hejtem – wyślij nam zgłoszenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy