Reklama

Reklama

Przedterminowe wybory parlamentarne? "Ten scenariusz dla PiS-u istnieje"

Jarosław Kaczyński na konwencji PiS /Jacek Dominski/ /Reporter

Za przedterminowymi wyborami przemawia przekonanie, że koniunktura będzie się dla PiS-u w przyszłym roku gorzej kształtowała – mówi w rozmowie z Interią prof. Antoni Dudek, politolog i historyk z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Aleksandra Gieracka, Interia: Choć oficjalnie politycy PiS zaprzeczają, to od kilku dni pojawiają się liczne doniesienia, że Prawo i Sprawiedliwość rozważa przeprowadzenie przedterminowych wyborów parlamentarnych wczesną wiosną. To realny scenariusz?

Prof. Antoni Dudek: - Natychmiast po ogłoszeniu wyników wyborów samorządowych mówiłem publicznie, że prezes Kaczyński może zmierzać w tym kierunku. Zakładałem nawet, że można próbować łączyć wybory parlamentarne z wyborami do Parlamentu Europejskiego, ale dzisiaj już wiemy, że takiego łączenia nie będzie. Gdyby jednak skrócenie kadencji nie było w ogóle przez PiS rozważane to ustawa budżetowa na 2019 przebiegłaby już przez parlament i byłaby jeszcze w tym roku podpisana przez prezydenta. Tak powinno być zresztą w dobrze funkcjonującym państwie, ale już wiemy, że tak nie będzie. Dopóki zaś budżet jest procedowany, to ten scenariusz dla PiS-u istnieje. Myślę zatem, że się nad tym zastanawiają. Jeżeli miałyby być wybory wcześniej to to jest najbardziej prawdopodobna droga, bo nieuchwalenie budżetu w ciągu czterech miesięcy od chwili złożenia projektu przez rząd w Sejmie daje prezydentowi - zgodnie z art. 225 konstytucji - prawo skrócenia kadencji parlamentu. Druga opcja, czyli samorozwiązanie Sejmu większością 2/3 głosów wydaje mi się mniej prawdopodobne, bo na to opozycja się nie zgodzi.

Reklama

Wiceprzewodniczący PO Borys Budka oświadczył, że gdyby pojawił się wniosek o rozpisanie wcześniejszych wyborów, to jest przekonany, że Platforma by to poparła. "Każdy dzień skrócenia tych rządów byłby dniem dobrym dla Polski" - stwierdził.

- Nie jestem pewien, czy opozycja jest naprawdę na to przygotowana. Oczywiście, gdyby Platforma się zgodziła, to razem z PiS-em mają 2/3 głosów.

Co - z punktu widzenia PiS - przemawia za przyspieszeniem wyborów?

- Przekonanie, że koniunktura będzie się dla PiS-u w przyszłym roku gorzej kształtowała. Tutaj chodzi na przykład o skutki wzrostu cen prądu. Niezależnie od tego, jak oni bardzo przekonują, że podwyżek nie będzie, to wiemy doskonale, że będą, tylko pośrednio uderzą w indywidualnych odbiorców. To może być moment psychologiczny zmieniający trend w nastrojach społecznych. Niezależnie od tego nad obozem rządzącym wiszą różne sprawy, choćby afera KNF. Moim zdaniem to jest sprawa rozwojowa, wkrótce mogą pojawić się jej nowe wątki. Generalnie widać - i to też było świetnie widoczne w przemówieniu Kaczyńskiego w Jachrance oraz reakcjach polityków PiS na nie - że w partii rządzącej narasta zmęczenie. Trzy lata uczestniczyli w starciu, jak to określił Tomasz Poręba "PiS kontra reszta świata". Wyniki widać: wściekli nauczyciele i lekarze, rozczarowani policjanci, rozgoryczeni urzędnicy. Gołym okiem widać narastające niezadowolenie społeczne. Mieliśmy "metodę L4" jako formę protestu  zastosowaną przez policjantów, teraz sięgają po nią nauczyciele, za chwilę mogą protestować inne grupy. Tymczasem propaganda sukcesu, którą uprawiały media narodowe, rozbudziła bardzo oczekiwania społeczne. Ostrzegałem wielokrotnie, że te pokazywane w Wiadomościach TVP zwały banknotów okraszone komentarzem o rekordowych wpływach do budżetu państwa w końcu PiS zaszkodzą. W tej sytuacji kierownictwo PiS może uznać, że jeśli ma to się ciągnąć aż do jesieni to lepiej byłoby jednak zrobić wybory wiosną, bo wtedy nie pojawią się kolejne, coraz wyższe fale społecznych roszczeń.

W 2007 r. Jarosław Kaczyński zdecydował się na wcześniejsze wybory i przegrał.

- W kontekście tego słynnego przykładu roku 2007 jest podnoszone, że prezes wtedy boleśnie przeżył porażkę, i od tego czasu nie chce powtórki, ale pamiętajmy, że wtedy to było skrócenie kadencji o połowę, a teraz mówimy o skróceniu o cztery-pięć miesięcy i to niezwykle dla PiS-u trudnych, bo po drodze będą niekorzystne dla tej partii majowe wybory do PE. Moim zdaniem, sporo przemawia za tym, żeby skrócić ten okres.

Co może blokować podjęcie decyzji?

- Jest element niepokoju przed utratą komfortowej sytuacji, która jest dzisiaj. Komfort polega na tym, że PiS ma obecnie samodzielną władzę, a po wyborach - nawet wygranych - być może jednak będzie się musiał nią podzielić. Może być też w PiS opór części aparatu, w którym jest potworny strach przed ryzykiem, że mogą w ogóle stracić władzę. Zawsze pół roku rządzenia dłużej to jest pół roku spokoju więcej.

Po kolejnych wyborach PiS będzie dalej samodzielnie rządził?

- Moim zdaniem, jest to mało prawdopodobne. Nawet jeżeli PiS będzie miał największy klub parlamentarny, to Zjednoczona Prawica prawdopodobnie będzie potrzebowała koalicjanta. Tu się zaczyna problem. Potencjalnie jest ruch Kukiza, i właściwie ciężko kogoś innego dzisiaj wymienić. Ruch Kukiza ciągle, w jakiś zagadkowy dla mnie sposób, w sondażach utrzymuje się powyżej progu, ale nie wiadomo czy tak będzie jesienią, po kolejnej klęsce, która ich czeka w wyborach do PE. Jest też kwestia ruchu Biedronia. Wprawdzie on odbiera głównie głosy opozycji lewicowo-liberalnej, ale paradoksalnie mógłby zabrać jakiś niewielki odsetek wyborców także i PiS-owi. Jeżeli wybory odbędą się wiosną, to on się nie liczy, bo nie zdąży się rozwinąć.

Jeśli dojdzie do skrócenia kadencji to PiS będzie musiał to jakoś wyborcom wytłumaczyć. Po jakie argumenty mogą sięgnąć?

- To jest jeden z argumentów przeciw skróceniu kadencji, bo nie ma jednego oczywistego wytłumaczenia. Można spróbować znowu zwalić na opozycję, że chciałaby podczas długiej kampanii wyborczej urządzić festiwal destabilizacji kraju, a niewątpliwie przyszły rok będzie bardzo burzliwy i opozycja będzie różne działania podejmowała, żeby zaistnieć w świadomości Polaków. Można też pograć Unią Europejską i powiedzieć, że w przyszłym roku wejdą w decydującą fazę negocjacje dotyczące budżetu Unii i w związku z tym dobrze by było, żeby rząd miał silną legitymizację.

PiS już skorzystało z takiej narracji ostatnio przy wniosku o wotum zaufania dla Mateusza Morawieckiego.

- To było mocno naciągane i do niczego niepotrzebne premierowi. Zrobiono to tylko po to, żeby ubiec PO i ich wniosek o wotum nieufności. Tłumaczono, że na szczycie UE Morawiecki musi mieć rzekomo silny mandat, co było mało przekonujące, ale zawsze można powiedzieć, że lepiej, żeby był rząd, który ma silny mandat społeczny, żeby twardo bronić polskiego interesu. Jest to bardzo naciągane, ale większość zwolenników PiS jakoś to przełknie. Nie sądzę, żeby to zaszkodziło notowaniom PiS-u, żeby ludzie byli oburzeni, że ich oszukano, bo skrócono kadencję.

Wcześniejsze wybory mogą być kłopotem dla opozycji?

- Mogą być. Mam wrażenie, że część polityków opozycji, przede wszystkim w PSL i SLD, zastanawia się, czy iść razem z PO czy nie, i zamierzają to przetestować przy wyborach do PE -  bo to jest idealny sposób, te wybory są wszak mniej ważne. Dla PSL wybory do PE są w ogóle kłopotliwe, a doczepienie się do PO i zobaczenie, ile dostali wspólnie głosów, byłoby wskazówką, czy wyborcy ludowców akceptują czy odrzucają koalicję z PO. Jeśliby wybory były wiosną, to nie można już tego przetestować przy majowych wyborach do PE, i trzeba decydować od razu.

To może być też ruch PiS-u na osłabienie opozycji? Zostałoby jej mało czasu na zjednoczenie, pojawiały się sondaże, w których szeroki front zyskuje nawet około 50 proc. poparcia i zwycięża.

- Nie wierzę, w to, żeby jakakolwiek lista wyborcza zdobyła w Polsce 50 proc. głosów. To musiałaby być jakaś absolutnie nadzwyczajna sytuacja. Podobnie jak nie wierzę, że PiS znacząco przekroczy 40 proc. Raczej trzeba patrzeć na średnią z bardzo wielu sondaży. Tu będzie bardzo dużo zależało od frekwencji, to znaczy od tego, która część społeczeństwa bardziej się zmobilizuje. To było już widoczne przy wyborach samorządowych, a tu będzie grało decydującą rolę. Czy mieszkańcy wielkich i średnich miast, a wtedy PiS ma problem, czy też raczej mieszkańcy małych miejscowości i wsi, których PiS zmobilizuje hasłem, że każdy inny rząd zabierze im 500 plus. To jest nieustanny motyw rządowej propagandy, że tylko oni są gwarantem polityki społecznej zapoczątkowanej w 2015 r.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy